Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Listopad 2008

„Jeśli chodzi o rabusiów i bandytów, to są oni z reguły bardzo podejrzliwi, i trzeba brać to pod uwagę przy każdym przebieraniu się. Nie należy na przykład przebierać się za kominiarza, śledząc w piekarni złodzieja kradnącego mąkę. Jak również piekarz na kominie wzbudziłby podejrzliwość rabusiów i tym podobnych. […]

Czasem detektyw musi tropić w zupełnie niezwykłych środowiskach, na przykład w lesie. Nawet i to nie powinno dobrze wyćwiczonemu detektywowi sprawiać zbyt wielkiej trudności. W środowisku leśnym najlepszym sposobem jest przebranie się za mrowisko. W takim przebraniu można w wielu wypadkach deptać wprost po piętach śledzonemu. Należy tylko wystrzegać się kichania! Nic bardziej nie budzi podejrzliwości rabusiów niż kichające mrowisko.”*

I oto teraz, gdy w drodze do pracy natkniecie się na kichające mrowisko, piekarza na kominie lub kominiarza w piekarni, będziecie już wiedzieli, że oto spotkaliście przy pracy któregoś z detektywów prywatnych, który nie doczytał podręcznika. Albo ukończył kurs korespondencyjny w byle jakiej firmie, których tyle teraz się namnożyło.

———–

*Ingemar Fjell: Joachim Lis, detektyw dyplomowany. Przeł.[ze szw.] Maria Olszańska. Il. Teresa Wilbik. Warszawa : Wydaw. Dwie Siostry 2008 s. 32-33

Kwestiom detektywistycznym niegdyś poświęcona była inna czytanka >>>>

Read Full Post »

[..] Jeśli polski reżyser filmowy zrobi komedię, która choć trochę bawi i nie budzi obrzydzenia, wydarzenie to omawia się szeroko we wszystkich pismach; czemu więc nie zastanowić się nad zabiegami, które pozwalają napisać niezłej klasy powieść rozrywkową. Taką choćby, jak Romans wszechczasów?

Spróbuję tutaj owe zabiegi wyliczyć. Pierwszy z nich i najważniejszy to rozproszenie przestępstwa. Następuje przeniesienie akcji z centrum zbrodni na jej peryferie, bohaterka porusza się na skraju wydarzeń, których przebieg reżyseruje ktoś inny. Co więcej, także ktoś inny obowiązany jest wyświetlić tajemnicę; mamy do czynienia z relacją doktora Watsona, ale trzymanego na uboczu i wcale nie chętnie informowanego o przebiegu zbrodni i śledztwa. Dla autorki płyną stąd rozmaite korzyści. Przede wszystkim odpada sprawa wiarygodności motywu. Łatwiej także można spłacić serwituty należne siłom porządku (aresztowały, kogo miały aresztować), nie wdając się w skomplikowaną akcje prowadzącą do ich uczłowieczenia. Wreszcie sama fabuła przekształca się w ciąg względnie niezależnych zagadek cząstkowych, akurat na miarę bohaterki, od której nikt nie żąda nieomylności.

Zabieg drugi polega na wzbogaceniu faktury. Kryminał-zagadka, klasyczna powieść detektywistyczna respektująca zasady van Dine’a, łatwo obywa się bez urozmaiceń: jest bardziej krzyżówką czy rebusem niż rzeczywistym utworem literackim. Natomiast w powieści sensacyjno-rozrywkowej musi się przede wszystkim dużo dziać – choćby nawet to, co się dzieje, pozostawało w całkiem luźnym związku z zasadniczą intrygą. Nie oznacza to jednak całkowitej dowolności; specjaliści od piętrzenia absurdów są zwykle przeraźliwie nudni. W powieściach Chmielewskiej jest inaczej: owszem, to, co się dzieje w centrum zagadki może być zgoła nieprawdopodobne, jednak to, w czym uczestniczy bohaterka podlega dość ściśle zasadom potocznego realizmu. W tens posób ustala się równowaga: im fantastyczniejsza sytuacja, tym dosłowniejsze realia.

W Romansie wszechczasów absurdalny pomysł, by obca osoba zastępowała żonę przy boku męża tak, by ten nie dostrzegł różnicy, idea rodem z boskiego idiotyzmu operetki, gdzie ojciec nie poznaje rodzonej córki, ponieważ włożyła nowe rękawiczki – uzyskuje rzetelną przeciwwagę w postaci realizmu szczegółów: oporu przedmiotów, niemożności znalezienia w cudzym mieszkaniu cukru czy żelazka, niekonsekwencji w noszeniu zbytecznych okularów.

Absurdalna w istocie sytuacja staje się w ten sposób na poły wiarygodna, a zatem atrakcyjna; czysty absurd byłby bez sensu. Chyba że chodziłoby o parodię; co jednak w odniesieniu do powieści milicyjnej jest bodaj niemożliwe, wymagałoby bowiem zakwestionowania zasady dydaktyczno-perswazyjnej.

Zabieg trzeci wynika z poprzedniego i polega na akcentowaniu potocznego realizmu. Zwracano już uwagę na fakt, że w przeciętnym polskim kryminale rzeczywistość występuje najwyżej na prawach onomastycznego cytatu: kilka nazw ulic, adres Komendy Stołecznej MO, czasem jeszcze gatunek papierosów. U Chmielewskiej zgadza się nie tylko nazywa; wiarygodna jest cała topografia. Nawet gdy żadna nazwa nie pada, łatwo odtworzyć, gdzie przebywają bohaterowie: w autobusie pospiesznym B albo w sopockim domu ZAIKS-u.Chętnie wierzę autorce, że między Pasłękiem i Mławą przy drodze znajduje się bagno, w którym można zatopić volkswagena. Wiarygodne są stroje i pogoda; zgodny z prawdą jest nawet opis sporządzania wzorów do flokowania tkanin. Potocznemu realizmowi sprzyja dodatkowo narracja w pierwszej osobie, a także fakt, że opowiadającej przydaje się cechy samej autorki – od nazwiska widocznego na okładce po korekty przysyłane z wydawnictwa. […]

Zewnętrznemu prawdopodobieństwu służy także zabieg czwarty, chyba najbardziej pomysłowy: autonomizacja języka. Bo właśnie w warstwie stylistycznej dokonuje się spojenie w całość przekładańca złożonego z nonsensownej ramy i drobnorealistycznych szczegółów. […] Automatyzmy językowe uniemożliwiają bohaterom ujawnienie informacji istotnych dla rozwikłania intrygi i właściwie w samym sposobie mówienia tkwi główna przeszkoda w dotarciu do sedna tajemnicy. Prawie każda myśl bardziej skomplikowana rozbija się o nieadekwatny sposób wypowiedzi. W jednej z wcześniejszych książek Chmielewskiej [„Wszystko czerwone”] cała tajemnica wiązała się z zaginionym listem: ilekroć bohaterowie zbliżali się do szafy, w którą był wetknięty, tylekroć bieg konwersacji odwodził ich od widocznego już dla czytelników rozwiązania. Coś podobnego dzieje się również z narracją Romansu: myśli, które się myślą bohaterce, sprowadzają ją stale z właściwego tropu. Co z kolei pozwala stworzyć napięcie między nią i czytelnikiem.

Ostatecznie bowiem gra powieściowa toczy się tutaj nie między przestępcą a odbiorcą, który na czas lektury winien utożsamić się z organami ścigania – lecz między dwoma ciągami wyobrażeń: opowiadanym przez narratorkę i równolegle odtwarzanym przez czytelnika. Zbrodnia, śledztwo i kara znajdują się poza terenem gry; rzeczywistym partnerem jest narracja i jedynie ona wymaga uwierzytelnienia. Na podobnej zasadzie zresztą opiera się „czarny” kryminał amerykański, tylko na ponuro i poważnie; Chmielewska wybrała wersję żartobliwą. W ten sposób wykpiła się z trudności stwarzanych przez gatunek; strach pomyśleć, ze mogłaby zacząć pisać serio.*

W PRL-u twórczość autorki „Lesia” była zjawiskiem wyjątkowym, zwłaszcza na tle powieści milicyjnej. Uzupełniając wywód Szpakowskiej warto podkreślić, że czytelnicy pokochali Chmielewską za obecny w jej książkach humor. Jacek Maziarski zauważył swego czasu w Polityce (1973 nr 51 s. 16), że pisarka „osiąga murowany efekt komiczny balansując na wąziutkiej kładce ponad szmirą i parodiując tradycyjne wątki”.

We wczesnych powieściach Chmielewskiej owo ujęcie parodystyczne widać najwyraźniej. Łańcuch morderstw w „Wszystko czerwone”przywodzi na myśl „Dziesięciu Murzynków” Agathy Christie lub „Sześć tygodni w Reno” Patricka Quentina. O ile jednak u Quentina kolejne morderstwa potęgują napięcie i służą zawikłaniu zagadki, to u Chmielewskiej narastają one na kształt lawiny, powodując karykaturalne odrealnienie sytuacji. Ogólny zarys „Całego zdania nieboszczyka” zgodny jest ze schematem powieści sensacyjno-przygodowej, ale już szczegóły wyraźnie służą osiągnięciu efektu komicznego – skontrastowanie typowo „męskiej” przygody (narkotyki, bandyci, pogonie i pościgi) z „kobiecymi” rekwizytami (szydełko, robótka, tłuczek do mięsa) służy osiągnięciu efektu komicznego.

Dzisiaj ocena dorobku Joanny Chmielewskiej jest trudniejsza i zapewne wypadłaby mniej jednoznacznie – od 1989 r. corocznie ukazują się przeciętnie dwie nowe książki pisarki, a ilość niekoniecznie przechodzi w jakość.

———–

*Małgorzata Szpakowska: Kryminał teoretycznoliteracki. -Twórczość 1976 nr 1 s. 123-125. Rec. książki: Joanna Chmielewska: Romans wszechczasów. Warszawa : Czytelnik 1975.

O „Całym zdaniu nieboszczyka” rozmawialiśmy już wcześniej >>>>

 

Read Full Post »

Po dziennikarskim śledztwie autora bloga Security Fix (będącego jednocześnie dziennikarzem Washington Post), dwie firmy, które dostarczały McColo Corp. łącza internetowe, odcięły spamerów od sieci.Natychmiast zaobserwowano dramatyczny spadek liczby wysyłanych przez internet niechcianych wiadomości. Spamcop.net mówi o czterokrotnym zmniejszeniu się poziomu spamu. Dostawca rozwiązań antyspamowych i antywirusowych, IronPort,jest nieco bardziej konserwatywny w swych ocenach – według przedstawicieli firmy, z sieci zniknęło 2/3 reklamowych przesyłek.* 

Przyjdzie mi chyba uwierzyć w dramatyczność tego polepszenia w kwestii spamu, wszak napisali o tym w portalu gazeta.pl, jakoś tam związanym z gazetą, która zwykle byle czego nie pisze. Czekam więc na następne dramatyczne nowiny: na dramatyczne zwyżki na giełdzie i dramatyczny wzrost PKB, o dramatycznym wzroście płac nie wspominając.

Niestety, z drugą częścią wiadomości mam kłopot. O ile dobrze zrozumiałem autora błyskotliwej notatki, zmniejszenie się o dwie trzecie jest bardziej konserwatywne od zmniejszenia czterokrotnego. Przyczyny tego stanu rzeczy są dla mnie niejasne, z związku z tym, gdybym kiedyś coś zmniejszył nieopatrznie o liberalne 4/5, to proszę o wybaczenie.

——

*Internet oczyszczony z 3/4 spamu – jednym ruchem.[Aut.:] mim. W.: gospodarka.gazeta.pl

Read Full Post »

Była właśnie godzina dziesiąta wieczorem i orkiestra grała niegłośno rzewną piosenkę, towarzysząc wyczynom człowieka-ptaka, imieniem Sokolik, i jego żony, zwanej Chyża Stopka. Ledwo-ledwo było ich widać, tak wysoko kołysali się na trapezach, tam gdzie namiot cyrkowy wygląda jak kościelna kopuła. Nagle, akurat w chwili najbardziej niebezpiecznych skoków,kiedy orkiestra coraz ciszej wygrywała melodie piosenki, w wielkim bębnie rozległ się mój pierwszy krzyk. Aby go zagłuszyć, dobosz zaczął walić jak szalony pałeczkami i w ten sposób zepsuł cały efekt muzyczny, bo tylko skrzypce miały w tym momencie delikatnie zawodzić melodię. Wyborowa publiczność ryknęła śmiechem, ja wyskoczyłem z bębna i ukłoniłem się grzecznie, a komandor Dogryzacz wpadł w okropną wściekłość. Ale z wysokości swego trapezu Sokolik i Chyża Stopka uśmiechali się do mnie, chociaż zmarnowałem zupełnie ich numer.

Zdaje mi się, że człowiek-ptak i jego żona to byli właśnie mój tatuś i moja mama. I z pewnością się nie mylę, bo zaraz po skończonym przedstawieniu zaproponowali, że wezmą mnie z sobą na trapez jako swojego synka. Ale, niestety, w księdze Przeznaczenia znajduje się na stronicy trzeciej taki paragraf: „Pajace nie mogą posiadać ani tatusia, ani mamy. Dyrekcja cyrku obowiązana jest przestrzegać niniejszego zarządzenia”.

Tak więc zostałem sam na świecie, a komandor Dogryzacz,ciągle jeszcze zły jak chrzan, powiedział:

Nazwijmy go Faramuszka, bo nie ma za grosz rozsądku. Tylko głupstwa mu w głowie.*

No i klops całkowity. Ale za to wkrótce w cyrku pojawi się prześliczna woltyżerka, Ostróżka.

ostrozkasm

w cyrku pojawi się prześliczna woltyżerka

 

Dzielny nasz pajac Faramuszka wybawi ją z niewoli okrutnego komandora Dogryzacza. I w ostatniej scenie przecudna Ostróżka leciutko zeskoczy z konia i padnie w ramiona.

W ramiona pogromcy lwów, z którym na białym koniu odjedzie w podróż poślubną. Ale cóż, trudno wymagać, żeby w bajkach było jak w życiu.

———–

*Guglielmo Zucconi: Pajacyk Faramuszka. Przeł. [z wł.] Olga Nowakowska. Il. Zdzisław Witwicki. Warszawa : Nasza Księgarnia, 1965 s. 5-6

Read Full Post »

Konstrukcja Pańskich dzieł opiera się na krótkich rozdziałach z dokładnie oznaczoną datą i miejscem akcji. Czy chciał Pan w ten sposób zbliżyć formę tekstu do protokołu policyjnego?

Tak, jest to maniera protokołu policyjnego. Dodajmy jeszcze, że jest to wygodne dla autora, ponieważ opisując jakąś scenę czy okoliczności czynu nie musi szukać zdań, które by opisywały, że jest godzina piąta i jest ciemno i odchodzić w ten sposób od głównej narracji, od akcji. Można zacząć rozdział na przykład tak:„We Wrocławiu zapadał zmierzch, był piątek 20 listopada”. Można robić tak, jak znakomity pisarz szwedzki Henning Mankel, który czasowe dookreślenia zamieszcza na końcu rozdziału jako rodzaj swoistej kody, co jest bardzo ciekawym zabiegiem. Opisuje jakąś scenę, na końcu jej umieszczając np.: „Był piątek 4 września roku 1998”. Wprowadza to niepokój, czytelnik czytając opis jeszcze nie wie, dlaczego ten opis jest ważny. Stosując więc swój sposób zapisu, naśladuję raport policyjny, ale też ułatwiam sobie życie.*

Żeby napisać dobry kryminał, nie wystarczy iskra boża. Potrzeba sporo solidnej, krawieckiej roboty, ale ważne, żeby szwów (a już absolutnie fastryg) nie było widać. Kiedy przeczytałem tę rozmowę z Markiem Krajewskim, zdumiało mnie, jak wiele wynika z zabiegu tak prostego, zdawałoby się nieliterackiego, biurokratycznego wręcz. Ot, data tylko. Czytając dobre kryminały, nie jestem zwykle w stanie zwracać uwagi na takie szczegóły, bo zbyt pochłania mnie akcja.

To wszystko nie zmienia faktu, że jedną z najnudniejszych książek, jakie zdarzyło mi się czytać, była „Poetyka powieści kryminalnej” Stanko Lasicia (oszczędzę wam fragmentów).

*Mirosław Śmigielski: Chętnie poszedłbym z Mockiem na piwo. Rozmowa z Markiem Krajewskim, autorem cyklu kryminałów […]. Pan Slawista. Miesięcznik literacki. 2008 nr 7 s. 1, 5

Read Full Post »

[1]

Tak tedy genialny Kerebron, zaatakowawszy problem metodami ścisłymi, wykrył trzy rodzaje smoków: zerowe, urojone i ujemne. Wszystkie one,jak się rzekło, nie istnieją , ale każdy w zupełnie inny sposób. […]

[Trurl i Klapaucjusz] stworzyli smokologię probabilistyczną, z której wynika, że smok jest termodynamicznie niemożliwy tylko w sensie statystycznym, podobnie jak elfy, skrzaty, krasnale, gnomy,wróżki itp. Z ogólnej formuły nieprawdopodobieństwa wyliczyli obaj teoretycy współczynniki krasnalizacji, rozelfiania się itp. […] Niezorientowani w ogólnej teorii nieprawdopodobieństwa po dziś dzień zapytują, czemu właściwie Trurl uprawdopodobnił smoka, a nie elfa czy krasnala, a czynią tak z ignorancji, niewiedzą bowiem, że smok jest po prostu bardziej od krasnala prawdopodobny.*

[2]

Ja np. do tej pory byłam przekonana, że fantastyczność Swiftowskich liliputów polega po prostu na tym, że ich nie ma, a nie ma dlatego, bo ich nie ma. Teraz muszę pogodzić się z myślą, że nie ma ich dlatego, że są absolutnie niemożliwe. To duża różnica, śmiertelny cios w samą ideę krasnoludków!**

[3]

Parasolnikowi wszystko życiu układało się na opak. Najpierw w domu był największy z siedmiorga rodzeństwa, tak ze niektórzy brali go za człowieka. A to, jak wiadomo, okropny wstyd dla krasnala. Potem, kiedy przyszła kolej na wybór zajęcia, okazało się, że te wszystkie zawody, które mu się marzyły (Łapacz Wiatru, Wytrzeszczacz, Dziurkacz Sera, Pieczątnik,Zachwycacz, a nawet Odbijacz Słonecznych Promieni) zostały już zajęte przez resztę rodzeństwa i jemu został do wyboru tylko Działacz albo Parasolnik. Parasolnik (który wtedy jeszcze nie był Parasolnikiem) nie chciał spędzić reszty życia na wytwarzaniu dział. Wolał łączyć, niż dzielić. I tak właśnie został Parasolnikiem. Parasolnicy łączą bowiem parasolami niebo z ziemią.

Co prawda noszenie bez przerwy otwartego parasola niektórzy uważają za całkowicie pozbawione sensu, ale Parasolnik uważał, że tak myśleć mogą jedynie nieszczęśnicy, którym usunięto wyobraźnię. Zawsze przecież jest tak, że albo świeci słońce (a wtedy parasol może chronić przez słońcem), albo pada deszcz (a wtedy parasol może chronić przed deszczem). Jeśli akurat ani słońce nie świeci, ani deszcz nie pada, jest to widomy znak, ze zaraz zacznie – albo świecić, albo padać.***

Prezentując na wstępie opinie autorytetów na temat krasnoludków, chciałem w ten sposób podkreślić, że przeciętny krasnoludek ma o wiele trudniej od przeciętnego smoka. Krasnale są znacznie mniej prawdopodobne od smoków, a może nawet niemożliwe – na szczęście one same chyba o tym nie wiedzą, bo jednak co pewien czas czegoś nowego dowiadujemy się na ich temat.

*Stanisław Lem: Cyberiada. Wyd. 4 Kraków 1978 s. 247,248
** Wisława Szymborska: Lektury nadobowiązkowe. Kraków1992 s. 137
***Wojciech Widłak [ten od Pana Kuleczki!]:  Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach. Łagiewniki 2008 s. 22-23

 

Read Full Post »

[…] Sea Towers mają wysokość piramidy Cheopsa i są najwyższym budynkiem mieszkalnym nie tylko w Gdyni, ale w całej Polsce. Będą także jednym z najnowocześniejszych oraz najbezpieczniejszych. Wprawdzie nie można o nich napisać „inteligentne”, bo większością systemów ogrzewania czy klimatyzacji będą sterować mieszkańcy, a nie centralny komputer […].*

I przy okazji Gazeta dała do zrozumienia, kogo będzie stać na te mieszkania i kto w nich zamieszka.

*Michał Sielski: Jak to się robi, czyli Sea Towers odkuchni. W: Gazeta o Sea Towers, s. 2. Dodatek do: Gazeta Wyborcza 2008 nr 259(5 listopada)


Read Full Post »