Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Grudzień 2008

Świąteczna nuda osiąga ten poziom, że cała rodzina chce się wieszać na choince.* 

Dzisiaj wreszcie krótko i treściwie: cytat (być może skrzydlaty) z Bartosza Żurawieckiego . Problem świątecznej nudy i okoliczności jej towarzyszących poważny jest, choć nie widać, by naród korzystał z rad Żurawieckiego (płyta[DVD] najmilszym prezentem pod choinkę. I ostatnią deską ratunku*).

 

Niechcący przeprowadziłem w drugi dzień świąt badania terenowe na ten temat, wybrawszy się w świąteczny piątek wieczorem do kina. Niestety – samochód w połowie drogi rozkraczył się i w oczekiwaniu na assistance obserwowałem życie tubylców na stacji benzynowej w środku międzymiejskiego interioru. Ciekawe, a może i ciekawsze od filmu (w przypadku tego filmu Żurawiecki chyba powiedziałby, że na pewno ciekawsze).

I co, myślicie, że naród obficie kupował paliwo w celu odegnania świątecznej nudy i stresu? Otóż nie! Był to dzień tankowania, ale kierowców. Na 10 samochodów 9 odjeżdżało niezatankowanych, za to kierowcy w nich z butelkami za pazuchą, można więc sądzić, że to oni tankowani byli potem. Nie zauważyłem, by ktoś choćby podszedł do stojaka z płytami DVD.

W sumie nie żałuję: w kinie bywałem już parę razy w życiu, a dwóch godzin na stacji benzynowej w Boże Narodzenie nie spędziłem jeszcze nigdy. Sporo się też dowiedziałem. Na przykład, że zamiennik za ćwiartkę Sobieskiego (I ćwiartkę Sobieskiego. – Sobieski zszedł. Nie ma proszę pana) to ćwiartka Soplicy (To poproszę Soplicę). Ludność do staropolszczyzny, jak widać, przywiązana niezmiennie, bo świąteczną nudę dobrze zapewne zwalcza i w duchu narodowym.

Deska ratunku, mimo postępów techniki, wciąż więc ta sama,i nie sądzę, żeby pojawienie się płyty blue-ray coś w tej kwestii zmieniło.

———–

*Bartosz Żurawiecki: Kup Pan płytę, czyli co oglądać w Święta. W: film.wp.pl >>>>

Reklamy

Read Full Post »

Publiczne i prywatne bale odbywały się niemal codziennie,niemniej najzamożniejsze panny nie miały na cały karnawał więcej jak trzy suknie do zmiany. Pod koniec karnawału owe jasne sukienki z gazy, tiulu i jedwabiu wglądały już bardzo nieświeżo, ale nikogo to nie dziwiło ani nie raziło […]

Brak świeżości w stroju zastępowały świeżością swoich osiemnastu czy dziewiętnastu lat i świeżymi kwiatami, które sobie przypinały do stanika lub wpinały we włosy. Różne pomieszane wonie biły od tych młodych „wiochen”: zapach benzyny od czyszczonych nią białych skórkowych rękawiczek mieszał się z zapachem róż albo mimozy, zaś w tę symfonię zapachów wpływała ostra woń naturalna… czosnku i cebuli, czyli można byłoby rzec Eau de Pologne. Panienki były anemiczne, wciąż „transpirowały”, a kąpały się bardzo rzadko, bo od wody dostawało się influency albo kataru. […]

 

Te męczennice karnawałowe z dziwnym stoicyzmem znosiły nieprzespane noce […], ale jakież szatańskie siły musiały mieć ich matki, ciotki i babki, które niestrudzenie wraz z nimi odbywały wszystkie te karnawałowe obrządki i wytrzymywały siedząc na balach pod ścianą – do siódmej i ósmej rano!. Szatańskie siły i zwierzęce żołądki, bo o obżarstwie, które wówczas panowało, warto wspomnieć słów kilka. Pani Potocka, prowadząc na co dzień podobno bardzo skromną kuchnię, gościom nie żałowała niczego i kolacje „Pod Baranami” na sto kilkadziesiąt lub dwieście osób były dosłownie szczytem „dobrego smaku”. Do zasadniczej kolacji, która odbywała się w trakcie balu, panowie prowadzili wybrane damy pod ramię. […] Panienki jadły zwykle mało i półgębkiem, bo dziewczę obżerające się było w bardzo złym guście, za to matki i ciotki wyżywały się na owych libacjach i miało się wrażenie, ze po nudnym sterczeniu pod ścianą nadszedł wreszcie ich moment. Plotkując ochoczo […], nakładały sobie na talerze galarety, zimne mięsa lub kawior, następnie„coś z ryb” – łososie z rusztu lub sandacze w sosie rakowym, potem piękne czerwone płaty polędwicy. Z upojeniem frygały po tych daniach pieczyste, jakieś kapłony nadziewane kasztanami lub perliczki w z borówkami. następnie szparagi lub karczochy. Po tym jarskim daniu rzucały się na bomby z lodów, torty hiszpańskie, mrożone kremy z owocami. Nie myślmy, że po słodkim gardziły serami podawanymi razem z chlebem-pumperniklem. Na deser bywały mandarynki,winogrona i owoce w cukrze, których też sobie nie odmawiały. […]

Należy zaznaczyć, że następnego dnia czekała ich podobna uczta u jakiejś innej hrabiny albo „skromne śniadanko” na pięćdziesiąt osób.Przy owych libacjach wypijały każdy kieliszek wina lub szampana, który im nalewano. Po kolacji piły kawę, herbatę lub kruszon z ananasem, chrupały ze smakiem owoce kandyzowane, oblizywały wargi po kasztanach w cukrze i daktylach,co nie przeszkadzało im nad ranem, po „białym mazurze”, rzucać się jak wygłodniałe wilczyce na barszcz i bigosik.

 

Na ówczesnych balach tańczyło się kontredansa o zawiłych figurach, którego prowadził jakiś dziarski młody wodzirej, rycząc w momencie najlepszej rozmowy tańczącej pary: – Tour de Main. Chaine de la main gauche! Chasse-croise! […] Tańczyło się kotyliona, podczas którego tancerki przypinały panom kokardki, a panowie wręczali im wiązanki nicejskich kwiatów. A kiedy orkiestra poczynała rżnąć pierwsze takty mazura, młodzi ludzie podrywali się i podbiegali do upatrzonych przez siebie tancerek. […] Szał mazura podrywał i starszych panów [..]. I znów podziwiać należy niespożytą siłę owych starych szlagonów, którzy w tym dzikim narodowym tańcu, wycinając hołubce, przyklękając na jedno kolano, tupiąc w miejscu, przebiegając salę w zawrotnym tempie, nigdy nie dostawali zawałów serca ani ataków apopleksji. W jakże „złym tonie” byłoby w obliczu samej pani Andrzejowej [Potockiej] popełnić takie towarzyskie faux pas! Po tym wyczynie mazurowym mieli jeszcze dość siły, aby starszym damom w garderobie zapinać kalosze, co było funkcja „honorową” panów po pięćdziesiątce. Przez to zapinanie kaloszy staruchom przestał chodzić z córkami i żoną na bale Wojciech Kossak.

– Szkoda mnie na to – rzekł po powrocie do domu – abym starym babsztylom miał zapinać kalosze.* 

Dzisiejsza czytanka być może zmniejszy poczucie winy u tych wszystkich, którzy ulegli świątecznemu obżarstwu. Zawsze to część winy można zrzucić na obyczaje przodków, którzy tak oto w końcu XIX i na początku XX wieku sobie folgowali. Co prawda w karnawale, ale nie sądzę, aby święta były dla nich okresem postnej diety.

Natomiast przed zbliżającym się sylwestrem i karnawałem,gdyby ktoś zechciał westchnąć za niegdysiejszymi śniegami i balami, polecam powyższą lekturę, z sugestią, że chyba nie do końca jest za czym wzdychać. Do tego ówczesny obyczaj nakładał na obywateli obowiązek zabawiania się, dość wyczerpujący w swym nieumiarkowaniu.

Okres nieumiarkowania kończył się i po starannym posypaniu głów popiołem wszelkie te nadużycia stawały się jakby niebyłe. Nadchodził okres obowiązkowej wstrzemięźliwości. A wszystko niejako na pokaz, w nadmiarze, włączając w to równie głębokie (nikt nie wnikał, że często głęboko udawane) żałoby, które zwalniały przynajmniej z obowiązku zabawiania się.

Szczęśliwie dzisiaj obowiązek zabawiania się na pokaz nie jest tak kategoryczny, choć mamy oczywiście inne obowiązki na pokaz, wśród których szczególnie rozkwita instytucja opłatków (zwanych też spotkaniami opłatkowymi) w zakładach pracy. Takie kwadranse miłości bliźniego w firmach, w których zwykle ona nie kwitnie.

Być może uczestnictwo w spotkaniu opłatkowym jest to cena, jaką trzeba zapłacić, żeby usłyszeć własnego szefa mówiącego ludzkim głosem. Niemniej mnie ten obyczaj wydaje się równie przyjemny, jak Wojciechowi Kossakowi obowiązek zapinania kaloszy starym babsztylom.

———– 

*Magdalena Samozwaniec: Maria i Magdalena / il. Antoni Uniechowski. – Wyd. 2. – Kraków : Wydaw. Literackie, 1956 s. 164-168

Read Full Post »

[…] Zobaczył jeszcze jeden napis. Umieszczony był na mosiężnej skrzynce u stóp schodów i głosił wielkimi czerwonymi literami: W RAZIE NIEBEZPIECZEŃSTWA ZATRZYMAĆ SCHODY NACISKAJĄC TEN GUZIK.

Niżej małymi literami było dodane: „Za użycie bez ważnego powodu grozi kara w wysokości 5 funtów”. Ale Paddington tak się spieszył, że nie doczytał do końca. Zresztą uważał, że niebezpieczeństwo jest dostatecznie groźne. Zamierzył się walizką i z całej siły rąbnął nią w guzik.

Jeżeli zrobiło się zmieszanie, gdy schody były w ruchu, jeszcze większy popłoch ogarnął pasażerów, kiedy stanęły. Paddington z niemałym zdziwieniem przyglądał się, jak wszyscy zaczęli biec, jedni w górę, drudzy na dół, i pokrzykiwać na siebie. Jakiś mężczyzna zawołał parę razy „Pali się!” i gdzieś daleko zaczął bić dzwon.

Paddington właśnie zaczął się dziwić, ile to zamieszania może wywołać jeden mały guzik, gdy czyjaś ręka spoczęła na jego ramieniu.

– To on! – ktoś krzyknął wskazując go palcem jako winowajcę.*

  

Na początku był chaos. A potem za sprawą Stwórcy z chaosu powstał uporządkowany kosmos. A potem pojawił się miś Paddington, który swym istnieniem dowiódł, że uporządkowany kosmos nie powstał wcale na miejsce chaosu. On tylko pokrył chaos cieniutką warstewką uporządkowania. Paddington pojawia się zwykle w miejscach, w których ta warstewka jest szczególnie cienka,a miś swymi dobrymi intencjami sprawia, że chaos nagle wydostaje się na powierzchnię. Dzieje się tak, mimo że Paddington dobrze wie o zagrożeniach czyhających wszędzie: […] dość trudno jest pić z filiżanki. Jak piję, to zawsze wkładam głowę do naczynia, bo inaczej kapelusz wpada do środka i psuje cały smak.*

Paddington to mimowolny antydemiurg, który swym działaniem uwalnia, ukryty zazwyczaj, chaos tego świata, przypominając nam, że uporządkowana rzeczywistość tylko czeka, by przeistoczyć się w chaos, który nami zawładnie.

A gdy wszystko wraca do normy, na horyzoncie znów pojawia się jakiś Miś Paddington z ogromem dobrych intencji.

———–

* Michael Bond: Miś zwany Paddington / przeł. Kazimierz Piotrowski ; rys. Peggy Fortnum. – Wyd. 2.- Warszawa : KAW, 1988. – S. 47, 13
** Ilustracja: Michael Bond: Paddington i bożonarodzeniowa niespodzianka / il. R. W. Alley ; tł. Klaudia Iwanicka. – Warszawa : Grafag , 1998

———–

Suplement – Paddington po polsku (ongiś):
Michael Bond: Mis zwany Paddington / przeł. Kazimierz Piotrowski. Il. Jan Marcin Szancer. – Warszawa  : Nasza Księgarnia, 1971

   

Michael Bond: Jeszcze o Paddingtonie / przeł. Kazimierz Piotrowski. Il. Maria Orłowska-Garbyś. – Warszawa  : Nasza Księgarnia, 1974
Michael Bond: Paddington daje sobie radę / przeł. Kazimierz Piotrowski. Il. Maria Orłowska-Garbyś. – Warszawa  : Nasza Księgarnia, 1975

    


Read Full Post »

„Przyczyną odstąpienia od umowy była niezasadność wykonywania jej przedmiotu z przyczyn formalnych, organizacyjnych i ekonomicznych leżących po stronie zamawiającego, polegających na usunięciu z ramówki przygotowywanych przez wykonawcę audycji”.*

… napisał w piśmie do Jacka Podsiadły p.o. prezes, szef rady nadzorczej Radia Opole, Jerzy Roszkowiak. Będący tłumaczem i poetą adresat pisma, przetłumaczył to na język polski:  powodem rezygnacji z mojej audycji jest to, że audycja ta zniknęła z programu radia.*

Niezorientowanym wyjaśnię, że umowę z Podsiadłą zerwał w październiku jeszcze poprzedni prezes Marcin Palade.Tym samym przestał się ukazywać cykliczny program Podsiadły, mająca kilkunastoletnią tradycję „Studnia”. Osobną sprawą jest, że publiczne radio lekko i łatwo rezygnuje ze współpracy z najwybitniejszym (obok Tomasza Różyckiego) poetą Opolszczyzny – ta decyzja świadczy o kompetencjach byłego prezesa. O kompetencjach obecnego p.o. prezesa świadczy powyższy cytat.

W 1989 roku wydawało się, że wraz z pognębieniem komuny pognębiona zostanie i już nigdy nie wróci nowomowa, a ważne stanowiska obejmować będą ludzie wykształceni, kompetentni i kulturalni, którzy nie dopuszczą, by nowomowa powróciła. Chyba stało się inaczej.

———–

*Joanna Pszon: Paranoiczne powody zwolnienia Jacka Podsiadły. – Gazeta Wyborcza Opole 20-21 grudnia 2008 s. 1.

Read Full Post »

  

No i wreszcie! Dogoniliśmy, prześcignęliśmy. Cena komputerowej inteligencji niewygórowana, nie przekracza 100 złotych. Dostępne w wielu polskich sklepach.

Read Full Post »

1] Bezmyślnie przewracałem kartki i ni stąd, ni zowąd zacząłem studiować choroby. Choroby w ogóle. Nie pamiętam już, w której z nich pogrążyłem się najpierw. W każdym razie był to jakiś straszliwy, siejący spustoszenie dopust boski – i zanim przebiegłem wzrokiem połowę wykazu „objawów ostrzegawczych”, zdałem sobie jasno sprawę, że się ta zmora do mnie przyplątała. […] Przystąpiłem do rzeczy w porządku alfabetycznym. […] W pocie czoła przetrząsnąłem litera po literze cały alfabet i w końcu okazało się, że tylko jednej choroby na pewno nie mam: puchliny kolan, na którą cierpią panny służące, jeśli za dużo klęczą.*

2] Facipsofobia. Lęk przed majsterkowaniem.

Facipsofobowi nie mieści się w głowie, że można na stałe zamocować półkę na ścianie, podobnie jak nigdy nie pojmie, dlaczego odrzutowce majestatycznie unoszą się w powietrzu. Wrodzona niemożność zrozumienia podstawowych zasad majsterkowania sprawia, że nigdy nie porywa się na żadne prace domowe. […] Prawdziwy facipsofob nie wie, czy potrafi prawidłowo wetknąć do dziury kołek rozporowy, nie wspominając już nawet o wymarzonym przez żonę przestawieniu ścianek działowych. Podejmując nieśmiałe próby kuracji, lekarze przepisują zwykle terapię polegającą na samodzielnym montażu regałów, chociaż nie zalecają produktów z Ikei (obowiązująca tam zasada „zawsze brakuje przynajmniej jednej ważnej części” może zniweczyć wiele lat leczenia). Pamiętajmy, że facipsofobi naprawdę cierpią i nie należy ich mylić z osobami, które tylko symulują chorobę, by uniknąć układania glazury w łazience i innych prac. […]**

Trwałym dorobkiem wieku XX jest znaczny wzrost liczby dostępnych wszystkim obywatelom chorób, w tym mnóstwa takich, które nie były w dostępne w wieku XIX, a nawet jeszcze w pierwszej połowie wieku XX. Oczywiście, niektóre dolegliwości odchodzą w niebyt (np. wspomniana wyżej dolegliwość panien służących), ale w zamian… wybierać, przebierać.

Jeśli ktoś nie chce wertować podręczników medycznych i narażać się na stresujące i przykre opisy dolegliwości, powinien sięgnąć po wyczerpujący spis fobii, a na pewno coś sobie dopasuje. Fobie wydają się być przypadłościami mniej dokuczliwymi, a do tego występującymi w dużej rozmaitości.

Fobie to dolegliwości stosunkowo młode. Przedwojenna encyklopedia Trzaski, Everta i Michalskiego słowa fobia nie definiuje wcale, choć za to znajdziemy w niej wyczerpującą definicję klapki na muchy (kawałek skóry, przymocowany do kijka; służy do zabijania much; dawniej rozpowszechniona***). Świadczyłoby to, że ongiś większe było społeczne zapotrzebowanie na definicję klapki n. m. niż fobii. Fobie odnajdziemy w encyklopedii tylko dwie: agorafobię i klaustrofobię.

Od tego czasu, jak już wspomniałem, zmieniło się wiele, ilość dostępnych fobii zwiększyła się radykalnie. W sytuacji, gdy można wybierać między aedificatofobią (lęk przed budowlańcami – cierpię na,oczywiście) a illergofobią (lęk przed pytaniami, na które nie da się odpowiedzieć – mam chroniczny), zwykła, niepowikłana klaustrofobia wydaje się być z lekka passé. W lekturze książki o fobiach doszedłem właśnie do facipsofobii, a facipsofobem jestem niewątpliwym.

Inna rzecz, że już pobieżna lektura spisu fobii uświadamia mi, że jedyna fobia, na którą wydaję się być odporny, to transpilofobia (czyli lęk przed rodzeniem). No bo exterviafobii (lęku przed zjechaniem z wewnętrznego pasa ruchu) nie liczę – nie mam prawa jazdy.

———–

*Jerome K. Jerome: Trzech panów w łódce nie licząc psa. Tł.Kazimierz Piotrowski. Warszawa MAW 1986 s. 11. [Powieść z 1889 r.]

**Tim Lihoreau: Spokojnie, to tylko fobia! Summa wszystkich strachów. Kraków : Znak 2008 s. 066-067

*** Ilustrowana Encyklopedia Trzaski, Everta i Michalskiego. T.2. Warszawa: Trzaska, Evert i Michalski [1927] łam 931

Read Full Post »

Pierwsze kartofle dotarły z Peru do Europy (wyjątkowo znamy precyzyjną datę) 10 kwietnia 1525 roku. Dokładnie tego samego dnia odbywał się w Krakowie Hołd Pruski […]. Z początku nie zrobiły większej kariery. Król Hiszpanii Filip II […] wysłał wprawdzie papieżowi Piusowi V parę egzemplarzy jako lekarstwo, jednak Ojciec Święty po spożyciu żadnej ulgi nie poczuł. Rzecz poszła we wstydliwe zapomnienie.*

Całe szczęście, że Piusowi V się wtedy nie pogorszyło! Niewiele brakowało, a skłonność do spożywania kartofli mogłaby być uważana za obiektywnie nieuporządkowaną, natomiast robienie frytek byłoby niewątpliwie aktem sprzecznym z prawem naturalnym. Propagowanie kartoflanego stylu życia budziłoby niewątpliwie niepokój moralny, a „Ichni Dziennik” napominałby, że nie możemy być obojętni na kolejne próby rozsadzania Polski przez lobby kartoflane, które rozszerza swoje wpływy, stosując metodę małych kroków.

———– 

*Stefan Czarnowski: Studia z historii kultury. Warszawa 1956. Cyt. za: Ludwik Stomma: A jeśli było inaczej… Antropologia historii. Warszawa: Wydaw. Sens 2008 s. 170-171

Read Full Post »