Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Grudzień 2009

Skąd się biorą te bestsellery? Głupie pytanie. To zupełnie jakby zapytać, skąd się biorą dobre pierogi. Przecież zrobienie ciasta na pierogi jest idiotycznie proste. Trochę wody, oleju i mąki. Czasem jajko. Nie ma siły, żeby nie wyszło. A nie wychodzi (ciasto zwykle grube i gumowate,farszu mało i w dodatku niesmaczny). […]

Jeśli w tym biznesie coś jest pewne, to tylko to, że nic nie wiadomo. Na przykład „Księga imion” Jill Gregory i Karen Tintori miała sprzedać się [w Polsce] w 11 tysiącach egzemplarzy. Sprzedała się w 50. Polakom spodobał się thriller wychodzący od starej przypowieści, że światu przewodzi 36 sprawiedliwych.

– Ale właściwie dlaczego miała się sprzedać akurat w 11 albo 50?

– Zakładamy się o to w wydawnictwie i planujemy sprzedaż – mówi Paweł Szwed. – Potem sprawdzamy, kto wygrał.

– Ja założyłam się, że biografia Marka Edelmana sprzeda się świetnie – mówi Dorota Nowak – 20 tysięcy.

– A ja nie wierzyłem, obstawiałem na cztery tysiące – mówi Paweł Szwed.

– A Bartoszewski? Czy ktoś pomyślał, że rozmowy z Bartoszewskim mogą się sprzedać w nakładzie 110 tysięcy egzemplarzy?

– Czyli gracie w kości?

– Tak, właściwie tak. Gramy w kości – mówi Paweł Szwed. – To zupełnie irracjonalne. […]*

Z tej nieprzewidywalności biorą się zapewne te wszystkie opowieści o bestsellerach, których nie chciało wydać 30 wydawnictw, a 31. zaryzykowało, wydało i odniosło sukces. No tak, ale który wydawca pochwali się, że wydał gniot, którego nie chcieli inni wydawcy, i do interesu dopłacił?

Mimo wszystko jest jednak zasadnicza różnica między pierogami a książkami: udany pieróg będzie smaczny, udana (i smaczna) książka wcale nie musi być bestsellerem, bestseller wcale nie musi być udaną książką.

A teraz wracam do świątecznej lektury skandynawskich kryminałów.

———–

*Leszek K. Talko: Bestseller czyli coś z niczego. Duży Format 2009 nr 50 s. 26-27

Reklamy

Read Full Post »

zaglebiesm

W Gdańsku – co nie wszyscy wiedzą – kwitnie zagłębie gitarowe.*

 Kwitnie również styl dziennikarski w gdańskim zagłębiu Gazety Wyborczej. Ciekawe, z jakiego drewna ów styl jest wykonany? Na wszelki wypadek załączam tablicę poglądową.

style2

———–

*Aleksandra Kozłowska (Gdańsk): Ciężka muza potrzebuje twardego drewna. Gazeta Wyborcza 2009 nr 299  s. 24

Read Full Post »

choinka09sm

Co roku o tej porze roku czytam to samo, zapraszam więc wszystkich do współczytania. Można na skróty, czyli tutaj  >>>>, czytając jedną z dawniejszych czytanek.

Można skorzystać z uprzejmości Hebiusa i poczytać tutaj>>>>.

Można, i to jest najlepszy sposób, sięgnąć po „Opowiadania z Doliny Muminków”, gdzie na samym końcu jest opowiadanie „Choinka”.

(A jeśli Wigilia się rozgniewa, to może będziemy mogli ukryć się na werandzie.)

 

Read Full Post »

Jacek Dehnel, Wojciech Wencel, Tomasz Różycki, Paweł Marcinkiewicz, Dariusz Sośnicki, Artur Szlosarek, Darek Foks, Jacek Podsiadło,Jarosław Klejnocki, Marcin Świetlicki. […]*

I cóż łączy tych wszystkich poetów w wieku co najwyżej średnim? Poza tym, oczywiście, że są poetami? Otóż wszyscy oni pisują ody! Gatunek wydawałoby się wielce starożytny i wymarły jak mamuty, a może nawet dinozaury. Przeciętnemu absolwentowi liceum oda kojarzy się w najlepszym razie z tymi…, no…., szkieletów ludami i wylatywaniem nad poziomy, a tu proszę: oda żyje i wciąż poetom podaje skrzydła.

W chronologicznie ułożonej przez Teresę Kostkiewiczową antologii, utwory dwudziestowieczne i nowsze (czyli od Staffa do Dehnela) zajmują ponad 200 stron! Pozostając przy (chronologicznym, jak już wspomniałem) spisie treści….: wynika z niego, że ody nie są lubiane przez poetki współczesne.Najmłodszą autorką ód jest, reprezentowana zresztą tylko jednym utworem, Ewa Lipska. A taki Tomasz Różycki, proszę, aż trzy! No bo w przypadku Jacka Podsiadły tylko trzy, a na pewno ma ich w dorobku ze trzydzieści.

Czy jest coś, co wyróżnia ody poetów współczesnych od pozostałych? Z noty wydawniczej dowiadujemy się, że „w tekstach poetów z drugiej połowy XX w. i współczesnych poprawiono kilka ewidentnych błędów literowych”. Otóż to. Kilkanaście lat temu naiwnie wyobrażaliśmy sobie, że powszechna komputeryzacja zaowocuje powszechną bezbłędnością publikacji. Stało się odwrotnie: na literówki nikt już nie zwraca uwagi. Poza redaktorami Biblioteki Narodowej, która oby trwała (w odróżnieniu od innych, niezbyt udanych przedsięwzięć Ossolineum).To już jednak zupełnie inny temat i nie o tym miała być ta czytanka (chyba bez literówek?).

———–

*Ze spisu treści do: Oda w poezji polskiej. Antologia.Oprac. Teresa Kostkiewiczowa. Wrocław: Zakład Narodowy im Ossolińskich – Wydawnictwo, 2009. (Biblioteka Narodowa. Seria 1. ; nr 316)

Read Full Post »

U ssawców płeć żeńska sugestuje samca tlenem, a samiec samicę fosforem, w tych pierwiastkach jest magnetyzm przyciągający. Tylko te dwa pierwiastki są powodem szalonego zakochania się i aż do samobójstwa dochodzi. Powyższymi argumentami uzasadniłem, że płeć żeńska w swym organizmie zawiera bardzo wiele tlenu, odziedziczyła go ze światła księżyca, który jest płci żeńskiej.*

Jednym słowem, cały ten claire de lune powstał tylko po to, aby płeć żeńska mogła sugestować. Bardzo to ładne streszczenie dziejów wszechświata od czasów wielkiego wybuchu po rok 1913, kiedy to ukazało się dzieło Ignacego Kochanowicza*, z którego pochodzi ów cytat. Dzieło poświęcone zresztą „powszechnemu prawu granic dwóch temperatur”; drobnym mankamentem tego prawa jest to, że zupełnie się nie przyjęło, ale jeszcze nic straconego, ważne, że zostało ocalone od zapomnienia.


Ocalone dzięki Julianowi Tuwimowi, który zebrał aż trzy tomy takich panoptików**. Okazja do przypomnienia tego faktu jest taka, że „Cicer cum caule…” wznowione właśnie zostało przez Iskry – w jednym słusznych rozmiarów tomie, doskonale nadającym się na prezent. Który można sprawić choćby sobie, bo przecież wszystkie inne prezenty mamy dawno kupione i schowane na dnie szafy, gdzie czekają na swój dzień.

———–

*Ignacy Kochanowicz: Nowości nieznane. Zagadnienia życia odkryte. Kraków: Nakł. autora, 1913. Cyt za: **Julian Tuwim: Cicer cum caule czyli Groch z kapustą. Panopticum i archiwum kultury. [Seria 1]. Do dr. przygot. i przedm. opatrzył Józef Hurwic. Warszawa: Czytelnik, 1958 s. 193

Read Full Post »

swieta2009
Zainspirowany przez Srebrzystą podrzucam kartkę świąteczną. Z Czartogromskim spod piórka Jana Marcina Szancera. No i oczywiście & przede wszystkim z miejscem na wpisanie własnych życzeń.
———–
* Pocztówka świąteczna autorstwa Jana Marcina Szancera, Biuro Wydawnicze „Ruch”, połowa lat 60., ongiś do nabycia w każdym kiosku z prasą. W przeciwieństwie do cytryn, które o tej porze roku dopływały właśnie do Gdyni. Widać nie można mieć wszystkiego naraz…

Read Full Post »

W tym ogrodzie za Książęcą
zmącił duszę mą dziewczęcą.
Potem ciało
zawiódł śmiało
na Frascati.
Tam gdy z radia płynął walczyk,
wykorzystał Portugalczyk
mnie ze szczętem.
Kto? Vincente
Osculati!
A kiedy wschód
zaczął ciut
złocić kwiaty,
powiedział mnie
twardo, że:

„Ne zaplati”.
*

 

osculatism

 

Przybył oto do Polski parę lat temu inny Portugalczyk, przypadkiem zapoznał się z naszą piosenka i podejrzliwie zaczął się jej przyglądać. Tym bardziej podejrzliwie, że Marcos Filipe Machado Nunes de Vilhena Bonito (jak brzmi pełne nazwisko rezydującego w Krakowie młodego filologa i kulturoznawcy) od dawna interesuje się przedstawieniami Portugalczyków w innych kulturach […]. Zaczął zaś od pytania, skąd, u diabła, Portugalczyk w 1959 roku w Warszawie? […] W owych czasach Portugalczyków w Polsce nie było. Od roku 1939 aż do rewolucji goździków w 1974 nasze kraje nie utrzymywały stosunków dyplomatycznych, nie było też w Polsce lewicowych uchodźców spod autorytarnego reżimu Salazara. Skąd zatem Mistrz Przybora wziął Portugalczyka Osculatiego?
Pomijając oczywiste walory brzmieniowe (walczyk – Portugalczyk, Osculati – Frascati, ładnie syczące „s” w nazwisku,które pozwala powtarzać je jako „o, sss… kubany” na przykład) – nie wiadomo. Sam Przybora oświadczył niegdyś, że Portugalczyk Osculati to podróżnik z jakiejś książki, którą czytał w dzieciństwie. I z tym także jest kłopot – istniał wprawdzie XIX-wieczny obieżyświat i przyrodnik Gaetano Osculati, który zasłynął badaniem brazylijskiej (a więc, by tak rzec, portugalskojęzycznej flory), istniał – lecz był Włochem. Co więcej, zarówno imię, jak i nazwisko Portugalczyka z Frascati są właśnie włoskie, w żadnym razie nie portugalskie.Włochów zaś bywało w Polsce końca lat 50. podobno całkiem sporo. Kolejny dowód na rzecz nieportugalskości Osculatiego to przytoczone w piosence słowa „Ne zaplati”, którymi bezlitośnie chłoszcze on biedne polskie dziewczę. Żaden Portugalczyk – powiada Marcos Vilhena – nie miałby problemu z wymówieniem polskiego „ł”. A Włoch? Włoch jak najbardziej. Sprawy mają się zatem tak, że Osculati to Włoch, który podszywa się pod Portugalczyka – może po to, by swe skąpstwo przypisać reprezentantowi innej nacji.**

Wydaje mi się, że ta bulwersująca sprawa nie może pozostać niewyjaśniona, zwłaszcza gdy zważymy, że w owym czasie rosła w siłę we Włoszech partia komunistyczna! Aferą Osculatiego powinien koniecznie zająć się Instytut Pamięci Narodowej. Nie twierdzę, że koniecznie centrala, ale któryś z 11 oddziałów na pewno. W ostateczności może jedna z 7 delegatur chociaż???

———–

*Jeremi Przybora: Portugalczyk Osculati. W: Piosenki prawie wszystkie. Wyd. 5. Warszawa: Muza, 2004 s. 29

** Marcin Sendecki: Osculati zdemaskowany. Przekrój 2009 nr 48 s. 61

———–
Przerwa na reklamę 😉

 

  

Read Full Post »

Older Posts »