Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Luty 2010

A tam Biblioteka.

Jakoż w pokoju obok, dużym, kwadratowym, książek,skryptów kupy na podłodze, wszystko wywalone, jak z taczek; aż pod sufit góry;tam zaś wśród tych gór, dopiroż przepaści, zręby, jary, usypiska, rozdoły, a tyż kurz, pył aż w nosie wierci. Na górach tych tedy chudzi bardzo czytelnicy siedzieli, którzy czytali; a może ich siedem albo osiem było. – Biblioteka – mówi Gonzalo – biblioteka, oj, co za kłopot z tym mam, skaranie boże, a bo najcenniejsze, najbardziej szacowne to dzieła geniuszów samych,najprzedniejszych Ludzkości duchów, ale cóż, panie, kiedy Gryzą się Gryzą, a też i Tanieją od nadmiaru swego, a bo za dużo, za dużo, i co dzień nowych przybywa, i nikt wyczytać nie może, bo za dużo, ach, za dużo! Owóż ja, panie,Czytelników zgodziłem i im słono płacę, bo już mnie wstyd, że tak wszystko Nieprzeczytane leży, ale za dużo, wyczytać nie mogą, choć i bez przerwy dzień cały czytają. Najgorzej jednak, że się książki wszystkie gryzą, gryzą i chyba jak psy się zagryzą!*

gombrowicz

Pstryk by Czartogromski

A dopiroż i XXI wieku trzeba było, żebyśmy się z tym kurzem uporali i nie uporali. I coraz więcej zależy od tych kilku wydelegowanych, co tam, wśród tych gór i dopiroż przepaści, a dla nas wszystko to czytają i nie czytają, streszczając nam i nie streszczając, Hamleta tyż pewnie albo i niepewnie trójwymiarowego przygotowując. Aż owóż te Arcydzieła nam tanieją od nadmiaru swego, i ich już tyle, że nie poradzi.

A ja i tak wiecznie i nieustannie mam 10 książek zaczętych w czytaniu, a kolejka następnych rośnie.

———-

*Witold Gombrowicz: Trans-Atlantyk ; Ślub / z komentarzem Autora. – Warszawa :Czytelnik, 1957 s. 84-85

———–
Przerwa na reklamę 😉

 

 

Read Full Post »

[…] Nagle stwierdziłam, że jednak nie, ten tłum wokół mnie normalny być nie może. Jakaś ogromna ilość osób prezentowała wariactwo osobliwe. Mówili do siebie.
Do siebie samych. Idąc ulicą, przy stoliku siedząc samotnie, ze sobą w głos rozmawiali i nawet słów mnie kilka dobiegło, kiedy osobnik w odzieży do normy zbliżonej, „nie, nie zdążę – mówił –  będę musiał się spóźnić”. Sobie samemu głośno tłumaczył, że będzie musiał się spóźnić? Mnóstwo ich. Za twarz z boku się trzymając,idąc czy siedząc, mówili do siebie…?*

 

komorka

Komórkizacja społeczeństwa nastąpiła błyskawicznie. Nie trzeba było przybywać w obecne czasy z XIX wieku, jak bohaterka książki Joanny Chmielewskiej, wystarczyłoby opuscić Ziemię na kilka lat,  by zadawać sobie powyższe pytanie. Zmiana dokonała się błyskawicznie w końcu minionego wieku. Czy w ciągu następnych lat coś się zmieniło? Chyba tylko to, że teraz, czego Polak nie wykrzyczy wszem wobec do telefonu komórkowego, to umieści na Naszej Klasie.

Tu pragnę zaznaczyć, że wynalazek komórki przyjąłem z sympatią. Tym większą, że dotarł do mnie ponad 10 lat temu w postaci czarnej Nokii (takiej z antenką), która do dzisiaj pozostaje dla mnie wzorem funkcjonalności w tej dziedzinie. Bo to i rozmiar w sam raz, i telefon miał dokładnie tyle funkcji, ile telefon mieć powinien. Niestety, pierwsza wada nowej komórki ujawniła się bardzo szybko: była służbowa, a służbowy telefon komórkowy już nie jest specjalnie miłym wynalazkiem.

Bardzo też szybko okazało się, że jeszcze mniej miłym wynalazkiem są dzwonki komórek, zwłaszcza cudzych, które osaczają również niewinnych bezkomórkowców.

Wspomniane dzwonki (? – rzadko dzwonią) powinny się nazywać uprzykrzaczami komórkowymi, bowiem to robią najlepiej. Choć po latach stwierdzam, że mają jedną, niebagatelną zaletę – pozwalają w życiu kierować się maksymą: „Po dźwiękach komórek poznacie ich”. Ja poznaję i rzadko się mylę.

———–

*Joanna Chmielewska: Przeklęta bariera. –Warszawa : Vers, 2000 s. 54-55

** Marek Raczkowski, Przekrój 2008 nr 12

Read Full Post »