Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Maj 2010

splywy2

I niech kto powie, że internet nie przynosi rozwiązania każdego problemu!
———–
*gazeta.pl (22 maja 2010)
Reklamy

Read Full Post »

To jest trochę Niemiłe – mówił do siebie Prosiaczek – być Bardzo Małym Zwierzątkiem Zewsząd otoczonym Wodą.*

prosiacek

Nawet tym trochę większym bywa Dziwnie, gdy któregoś dnia okazuje się, że mieszkają nad jeziorem, którego jeszcze wczoraj nie było.

———–

*A.A. Milne: Kubuś Puchatek / przekł. Ireny Tuwim ; il.Ernest Shepard. – Wyd. 4. – Warszawa : Nasza Księgarnia, 1962*s. 114-115

Read Full Post »

Specjalnością Jerzego Edigeya jest natomiast bezbarwność. Nikt tak jak on nie potrafi krwistemu mięsu kryminalnej intrygi nadać smaku przeżutego papier-maché. […]

Najbardziej specyficzną cechą powieści Edigeya jest to, że identycznym jak narrator,skrzypiącym i nudnym aż do mdłości językiem mówią w nim wszyscy bohaterowie.[..]

Bezbarwność jako cecha rozpoznawcza nie ogranicza się u Edigeya do płaszczyzny języka, ale rozciągnięta zastaje z dużym wysiłkiem na cały świat przedstawiony. Powiadamy „z dużym wysiłkiem”, albowiem doprawdy niemałego samozaparcia potrzeba, aby historie napadu na banki – choćby to był przaśno-swojski Spółdzielczy Bank Ludowy w Łowiczu  – i następującego potem śledztwa opowiedziana została w sposób tak przytłaczająco nudny. Autor dba z poświęceniem o to, żeby żaden z bohaterów Walizki z milionami nie wyróżniał się niczym poza ewentualnie wzrostem i stopniem służbowym […].*

edigey

Pawelski trzęsącymi rękoma wziął dziennik. Na pierwszej stronie znalazł duży tytuł przez cztery szpalty.
ARESZTOWANIE MORDERCY
GWIAZDORA FILMOWEGO  –
MARIANA ZAREMBE ZABIŁ
JEGO NAJBLIŻSZY PRZYJACIEL –
ZYGMUNT WIŚNIAK
PRZYZNAJE SIĘ DO ZBRODNI
**

cwirlej

W barze Krakus przy Czerwonej Armii śmierdziało gotowanym mięsem, kiszoną kapustą i wódką. Nic dziwnego, w tym przybytku gastronomii uspołecznionej sprzedawano tylko jedno główne danie, gotowana golonkę z kapustą. […]

Dyrekcja kombinatu chciała, by poznański Krakus był prawdziwa wizytówką formy. Dobrze mięso pozostawało nadal towarem deficytowym sprzedawanym na kartki, ale tu można było najeść się do syta. Towar do baru dowożono codziennie i w takich ilościach, że choć wszystkie kucharki z kierowniczką na czele pokaźna część dostawy sprzedawały na lewo swoim znajomym, i tak mięsa wystarczało na zaspokojenie potrzeb wiecznie głodnych klientów.***

 

Pierwsze dwa cytaty przypomniały mi się, gdy zawiedziony kończyłem lekturę kilku nowych polskich kryminałów z – wydawałoby się – wyższej półki, bo wydanych przez dobre  – wydawałoby się – wydawnictwo.

Bylejakość peerelowskiego kryminału specjalnie nie dziwiła, zwłaszcza gdy znało się uwarunkowania. Bezbarwność nie była specjalnością wymienionego wyżej pisarza. Obrońcy powieści milicyjnej podnosili jako okoliczność łagodzącą, że za to przynosiła ona obraz obyczajów tamtych czasów. Też nieprawda, a drugi z powyższych cytatów, pochodzący ze epoki rozkwitu powieści milicyjnej, przekonuje o tym dowodnie. Jedyną informacja, która w prasie tamtego czasu mogła się ukazać na pierwszej stronie przez cztery szpalty, były informacje o rozpoczęciu/zakończeniu obrad pewnych wysokich gremiów, ewentualnie o przyjacielskiej wizycie bratniego przywódcy.

Niemal każda powieść milicyjna wyglądała , jakby rozgrywała się w dekoracjach do filmu „Wiosna,panie sierżancie”, a i to dotyczy tych lepszych dokonań. Więcej przykładów w „Książkach najgorszych” Barańczaka, które niedawno wznowiono. Książka to historyczna i wydawałoby się, że doświadczenia powieści milicyjnej dawno już mamy za sobą, a tu okazuje się, że jej duch nadal straszy.

W ubiegłym roku przeczytałem (przemęczyłem) „Przystanek śmierć” Tomasza Konatkowskiego. Autor odniósłby większy sukces, pisząc zbeletryzowaną historię warszawskich tramwajów, niż ubierając swój wywód w szaty powieści kryminalnej, która barwnością stylu dorównuje „Walizce z milionami”; niedopatrzeniem wydaje się, że do książki nie dołączono rozkładu jazdy, który znacznie wzmógłby atrakcyjność powieści.

Tytuł ukazał się w ciekawej (ongiś?)„Mrocznej Serii” WAB-u, która do niedawna kojarzyła się z książkami co najmniej przyzwoitymi. Chyba jednak już długo tak nie pozostanie, bo nowy trend został wytyczony. Z papier-maché wydawała się być ulepiona już powieść Marka Krajewskiego i Mariusza Czubaja „Róże cmentarne”.

Nic to jednak w porównaniu z najnowszym dorobkiem. Duch powieści milicyjnej musiał chichotać złośliwie w trakcie lektury „Ręcznej roboty”Ryszarda Ćwirleja***, który stworzył powieść milicyjną a rebours (czas akcji: PRL, połowa lat 80). Co ciekawe, ze skutkiem dokładnie takim samym, jak jego milicyjni poprzednicy. U Ćwirleja milicjanci różnią się, pomijając szarżę, głównie stopniem obleśności. Pierwsza połowa książki jest majstersztykiem, bowiem nie dość, że autorowi udaje się pchnąć akcję do przodu, to wprowadza do akcji jakieś 60 osób, zaznajamiając przy tym czytelnika z ich paskudnymi życiorysami. Do tego dochodzą dokładne charakterystyki przekrętów, włączając w to handel lewą wódka w milicyjnych konsumach. Przedmioty też nie występują w tej powieści ot tak, same dla siebie. Dwukrotnie pojawia się wykład porównawczy o telewizorach kolorowych (radzieckie rubiny faktycznie były fatalne, przyznaję), a bohater, można odnieść wrażenie, goli się tylko po to, by dać sposobność do wykładu o socjalistycznych żyletkach, czy raczej ich braku. Fakt, że w barze Krakus sprzedawano golonkę, jest pretekstem do całostronicowego eseju o Kombinacie Produkcyjnym w Buszewku. I tak co drugą stronę…

Widzę w tym wpływ „metody Krajewskiego”, który w swoich powieściach pieczołowicie i pracowicie odtworzył przedwojenny Breslau. U Krajewskiego jednak mrówcza praca dała efekt w postaci powieści. Ćwirlej, choć się starał, ulepił kolejną powieść milicyjną.

———-

*Stanisław Barańczak: Ciaćki. W: Książki najgorsze [1975-1980] i parę innych ekscesówkrytycznoliterackich. Wyd. 2., zm. – Poznań: Wydaw. a5, 1990. – S. 43-45

**Jerzy Edigey: Przy podniesionej kurtynie. – Warszawa : Czytelnik, 1968. – S.230-231

***Ryszard Ćwirlej: Ręczna robota. – Warszawa: WAB, 2010  s. 143-144 (Mroczna Seria)

———–
Przerwa na reklamę 😉

 

 

Read Full Post »

Przed rokiem 1900 fizyka stanowiła w zasadzie receptę na przewidywanie przyszłości ze stuprocentową pewnością. Jeżeli planeta znajduje się w tej chwili w jakimś określonym miejscu, w ciągu dnia przemieści się w inne położenie, które można obliczyć ze stuprocentową dokładnością za pomocą praw Newtona i prawa grawitacji. W przypadku atomu niczego nie da się przewidzieć z absolutną pewnością. […]

Nie wszystko jest jednak stracone. Gdyby mikroświat był całkowicie nieprzewidywalny, stanowiłby królestwo totalnego chaosu, lecz w istocie nie jest aż tak źle. Zachowanie atomów i ich ziomków jest wprawdzie nie przewidywalne, lecz okazuje się, że ta nieprzewidywalność jest przewidywalna!*

Może i przewidywalna, ale na poziomie wyższej (z punktu widzenia laika) fizyki. Jeśli chaos sprowadzić do najczęściej występującej formy, to znaczy codziennego bałaganu, to nauka przynosi usprawiedliwienie: bałagan robi się sam, bo takie są prawa fizyki.

Z drugiej strony, na przykładzie domowych szpargałów można doświadczalnie potwierdzić tezę o przewidywalności nieprzewidywalnego, choć oczywiście tylko w ograniczonym zakresie. Co prawda ubiegłoroczne pity udało się w końcu znaleźć, ale już zapasowe wkłady do cienkopisu przepadły. Znajdą się zapewne wtedy, gdy cienkopis ulegnie zagubieniu. Mamy tu więc pewną przewidywalność, ale niewiele z tego pożytku, skoro ulubiony cienkopis i tak już przepadł.

———-

*Marcus Chown: Teoria kwantowa nie gryzie : przewodnik po wszechświecie / przekł. Jacek Bieroń. Poznań : Zysk i S-ka, [2009] s. 38

———-

O chaosie było już w czytankach:
Prasulec 3 : Chaos defrost
Antydemiurg Paddington

Read Full Post »