Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Listopad 2010

– Ostrożnie, człowieku! – rzekłem do siebie surowym tonem. – Cała sprawa wygląda bardzo podejrzanie.
I wtedy odezwał się całkiem sympatyczny i całkiem mi nie znany młodzieńczy głos.
– Przepraszam – powiedział głos – ale nie rozumiem, o co konkretnie chodzi.
Poderwałem się tak gwałtownie, że rzuciło mną o górny ekran, który wykazał wielką twardość. […]
– Pytam: kto mówi? – odezwałem się z takim spokojem, jaki mi się zdarzał tylko w chwilach największego gniewu. […] Nim jednak minęła druga sekunda, głos odezwał się po raz trzeci:
– Sądziłem, że sam mnie rozpoznasz – mówił z lekkim zakłopotaniem – Okazało się, że musze się przedstawić osobiście. Co gorsza: zdaje się, że trochę cię zdenerwowałem.[…]
– Ale kto mówi? – jęknąłem błagalnie, już bez złości i gniewu.

– Twój komputer. To znaczy komputer twojej [rakiety] XL-218, nazwany przez konstruktorów Pawłem II. Ty jesteś Paweł I. A ja pozostaję do twojej dyspozycji[…].*

Zwolnił zasuwy procesora oznaczonego KOGNITYWNE SPRZĘŻENIE ZWROTNE i wyciągnął pierwszy blok pamięci. Niezwykle skomplikowany trójwymiarowy procesor, zawierający miliony elementów, mieścił się swobodnie w ludzkiej dłoni. Gdy Bowman wypuścił go,procesor odpłynął swobodnie w kierunku sklepienia.
Hej, Dave – odezwał się Hal – co robisz?
Ciekawe czy on czuje ból? – zastanawiał się Bowman. Prawdopodobnie nie. Ośrodki bólu nie są umieszczone w korze. Ludzki mózg można operować bez zastosowania środków znieczulających.
Zaczął wyciągać jeden po drugim małe podzespoły z tablicy oznaczonej WZMACNIANIE EGO. […]
– Posłuchaj, Dave – powiedział Hal – mam gwarancję operacyjną na wiele lat. W stworzenie mnie takiego, jakim jestem, włożono wiele wysiłku. […]
Bowman zabrał się do tablicy oznaczonej AUTOROZUMOWANIE.
– Dave, nie rozumem, dlaczego to robisz… jestem entuzjastycznie ustosunkowany do misji… Niszczysz mój umysł… Nie rozumiesz…? Zdziecinnieję… Stanę się niczym…
Jest to trudniejsze, niż się spodziewałem – pomyślał Bowman. Niszczę jedyną świadomą osobowość w najbliższym Wszechświecie. Jednak muszę to zrobić, jeśli kiedykolwiek mam odzyskać kontrolę nad statkiem.**

hal

Ten dobrze wychowany i rozmowny komputer pojawił się w książce „Mój księżycowy pech”, którą przeczytałem bardzo dawno temu. I od tego czasu czekałem, aż taki dobrze wychowany, rozmowny komputer się pojawi. Tymczasem lata mijają, a komputery nadal nierozmowne jakieś. Z drugiej strony, spotkanie z komputerem Hal 9000 z „Odysei Kosmicznej 2001” uczy, że może to lepiej. Ale generalnie w tej dziedzinie spotkało mnie rozczarowanie.

Na dodatek komputery nie chcą być nie tylko rozmowniejsze, ale i bardziej ludzkie. A jeśli już co zakomunikują, to numer błędu. Nieludzkie to, bo błędów zwykle nie numerujemy.

Skutkiem tego niegdysiejsze gadanie chłopa do obrazu zostało zastąpione gadaniem do ekranu komputerowego. I to zazwyczaj wtedy, gdy nieludzki komputer po ludzku okazuje swoją niedoskonałość.

Na dodatek komputery ostatnio stają się coraz mniej komputerowe. Najnowsze modele przypominają przerośnięte telefony komórkowe (telefony komórkowe od dawna już nie przypominają telefonów, ale to jeszcze inna sprawa) i w ogóle na sam widok mija chęć, by z tymi urządzeniami rozmawiać, bo to trochę tak, jakby konwersować z kuchenką mikrofalową.

PS1

Może Hal z „Odysei kosmicznej” przewidział pożarcie komputera przez telefon i dlatego się zbuntował?

PS2

(Ostatnio coś polubiłem te PeeSy). Z przytoczonego powyżej fragmentu aktualny morał dodatkowy o wydźwięku politycznym: zbytnie wzmacnianie ego może się skończyć rozmontowaniem.

———–

*Jerzy Broszkiewicz: Mój księżycowy pech. – Warszawa: Nasza Księgarnia, 1970 s.187-189.

**Arthur C. Clarke: 2001 Odyseja Kosmiczna / przekł. Jędrzej Polak. – Warszawa: Amber, 1997 s. 144-145

Reklamy

Read Full Post »

Papież został zapytany, czy „Kościół katolicki jest bezwzględnie przeciwko używaniu prezerwatyw”. – Z punktu widzenia Kościoła na pewno nie jest to dobre i moralnie rozwiązanie – zaczął papież. I dodał, że może być to uzasadnione „w konkretnych przepadkach, kiedy celem użycia prezerwatywy jest zmniejszenie ryzyka zarażeniem się wirusem HIV”. Jako przykład podał mężczyzn uprawiających prostytucję. Jak podkreślił, w tym przypadku celem stosowania prezerwatywy nie jest „zapobieganie ciąży”, lecz zapobieganie zarażeniu wirusem HIV.*

Jednak nie obawiajmy się:

Stanowisko Kościoła w tej sprawie się nie zmieni.**

Tak zadekretował Tomasz P. Terlikowski po „nie najszczęśliwszej” wypowiedzi papieża Benedykta XVI w sprawie, excuse le mot, prezerwatyw. Nie da się ukryć, nieomylne papieskie usta zostały pokalane tym strasznym słowem, i to w jakim kontekście! Na szczęście Terlikowski czuwa i komunikuje jak wyżej. 

Nadzieje wielbicieli lateksu są zatem płonne.**

Amen.


PS

Wypowiedź oberpapieża komentują internauci. Jeden z komentarzy wyszukany przez Walpurga:
Prezerwatywa, jako „ułatwiacz życia” jest tak samo sprzeczna z naturą jak sztućce i chusteczki do nosa.Nie sądzę, żebyś mówił, że „sztućce zrywają więź człowieka z posiłkiem”, a chusteczki do nosa „rozrywają akt smarkania od natury dłoni”.

———–

*Papież: Prezerwatywy dopuszczalne „w konkretnych przypadkach” 

**Tomasz P. Terlikowski: Gumowa mistyfikacja mediów


Read Full Post »

Każdy,kto opłakuje stan współczesnej muzyki klasycznej, powinien poczytać wspomnienia Hectora Berlioza. Gdy ten genialny francuski kompozytor jeździł z tournée po XIX-wiecznej Europie, prezentując nowy, rewolucyjny rodzaj muzyki, wszędzie spotykał rozstrojone orkiestry i muzyków, którzy nie potrafili czytać nut. Paryska premiera jego kantat skończyła się cisza zawstydzonej orkiestry, kiedy muzycy, jeden po drugim, wypadli z rytmu. Współcześni Berliozowi dyrygenci mieli w zwyczaju upraszczać muzykę Mozarta, Beethovena i innych tytanów sztuki, dopasowując ją do wąskich gustów muzycznych gawiedzi. […]

Na premierze koncertu skrzypcowego Beethovena w 1806 roku muzyk zagrał między pierwszą a drugą częścią własną kompozycję – na jednej strunie, trzymając skrzypce do góry nogami. […]

Wbrew rozpowszechnionej opinii o upadku muzyki poważnej, żyjemy w czasach jej rozkwitu. Dla melomanów nastały najlepsze lata w historii.*

…twierdzi Heather MacDonald w artykule „Classical Music’s New Golden Age”, który ukazał się na łamach nowojorskiego „City Journal”. I sprawia mi tym niejaką satysfakcję, bowiem podobne stwierdzenie ośmieliłem się przedstawić swego czasu w czytance Czego nie słuchał Bach.

Od czasów Berlioza sporo się zmieniło, mamy inne problemy, a jednym z nich jest embarras de richesse: za dużo dobrych muzyków. To nie byłby jeszcze taki problem, gdyby, z drugiej strony, słuchaczy nie było coraz mniej.

Nie przejmowałbym się tym zbytnio, gdyby nie fakt, że jakoś trudno podzielić mi optymizm okazywany przez niektórych fachowców:

– Jestem dobrej myśl – mówi Robert Sirota, dyrektor Mahattan School of Music. – jeśli w Chinach co roku dyplom dostaje 100 tysięcy pianistów, to zmienia całą sytuację.*

No, chyba faktycznie zmienia.

———–

*Heather MacDonald: Jak z nut. – Forum 2010 nr 46 s.46-48


Read Full Post »

To nieomylna prawda, że żonie Lotowej z Sodomy miasta wychodzącej P. Bóg nie kazał się obzierać: noli respicere post tergum. Ta nie tak nieposłuszna, jako ciekawa, w tył rzuciła okiem i zaraz w bałwan soli – nierozumna w mądrości symbolum – zamieniła się.  [..]

 O tej, mówię, jej w bałwan soli transmutacji alias zamienieniu w sól lodowatą, jako marmur albo kryształ twardą (bo o tym wyraźnie Litera świadczy Pańska) nie masz żadnego dubium, ale tylko oritur questio [= nie ma żadnej wątpliwości, ale powstaje pytanie]: czy-li się ten bałwan soli po dziś dzień konserwuje? […]

Targum Jerosolymitanum (jest to księga żydowska eksplikująca Bibliję) twierdzi, że ten bałwan soli tak trwać ma aż do generalnej rezurekcji ludzi i że deszcze jej nie szkodzą, bo jest ex metallico sale alias z lodowatej soli […].

Trzeba tedy suponować, że bałwan soli z Lotowej uformowany żony, będąc blisko Morza Martwego, wodą jego podmulony lub successu temporis [postępem czasu] wilgocią i deszczem, ześliznął lub od pogan cale obalony, zrujnowany, lub też od pielgrzymów po kawałku różnemi czasy rozebrany. […]**

No i czy ktoś z Szanownych Czytaczy zastanawiał się kiedyś nad losem słupa soli, w który przemieniona została żona Lota? Zapewne nie. A Benedykt Chmielowski się zastanowił i rzecz zbadał (na ile mógł). Ostatnia z przedstawionych przez niego koncepcyj równie mnie przekonuje, co ta wskazująca na niszczycielskie siły żywiołu.

Cytat powyższy pochodzi z ubiegłorocznego wydania* fragmentu „Nowych Aten”, które to wydanie wydaje się być jednocześnie próbą rehabilitacji Chmielowskiego:

nowe-ateny

„Koń jaki jest, każdy widzi”. Tyle z grubsza ostało się w świadomości dzisiejszych Polaków z czterotomowych Nowych Aten, encyklopedii wydanej we Lwowie w latach 1745-1746 (tomy 1-2), a powtórnie w latach 1754-1756 […] pod obszernym tytułem Nowe Ateny albo akademija wszelkiej scyjencyi pełna, na różne tytuły jak na classes podzieloną, mądrym dla memoryjału, idyjotom dla nauki, politykom dla praktyki, melancholikom dla rozrywki erygowana… Ułożył ją ksiądz Benedykt Chmielowski […]

Ów cytat o koniu poczytuje się w pewnej mierze – nie bez sporej dozy ironii – za dowód zdroworozsądkowego podejścia autora do swej encyklopedii […], częściej jednak uznaje się go niesłusznie za egzemplifikację specyficznego charakteru dzieła, które jest rzekomo reprezentatywne dla zatrważająco niskiego poziomu umysłowego szlachty czasów saskich […]***

Faktem jest, że kwestia konia została u Chmielowskiego potraktowana dogłębniej, niż sugerowałby to znany cytat (spopularyzowany w słynnym wyborze z  encyklopedii dokonanym w 1966 r. przez. Marię i Jana Józefa Lipskich). W tomie pierwszym pełnego wydania „Nowych Aten” znaleźć można pod hasłem „Koń” dwustronicowy artykuł, a w tomie trzecim kolejną stronę.

Z lektury materiałów towarzyszących ubiegłorocznemu wydaniu dzieła Chmielowskiego, można wysnuć wniosek, że od strony metody niewiele da się autorowi zarzucić. Skompilował pracowicie dostępne dzieła, a że nie wykroczył przy tym poza horyzont swojej epoki, to już inna sprawa. Jak i to, że inaczej ten horyzont wyglądał choćby we Francji, gdzie w tym samym czasie wykluwała się już Wielka Encyklopedia Francuska.

W obszernym wstępie i wyczerpujących przypisach (wstęp 29 stron, przypisy ponad 70) zawarto mnóstwo informacji, pozwalających czytelnikom lepiej odnaleźć się w staropolskim świecie i inaczej spojrzeć na dokonania Chmielowskiego.

Mam jednak wątpliwości, czy praca wykonana przez autorów zyska głębszy oddźwięk, skoro nawet wydawca rzecz zakwalifikował do serii o znamiennej nazwie „Bibliotheca Curiosa”.

———–

*Benedykt Chmielowski: Nowe Ateny. Traktat Dubitantius. Wstęp Bartosz Marcińczak. Oprac. Jerzy Kroczak. – Wrocław: Atut, 2009. – 208 s. (Bibliotheca Curiosa)

**s 70-71

***Wstęp, s. 5-6


Read Full Post »

Swoją drogą, warto zauważyć, w związku ze stosunkiem teologii katolickiej do procedury zapłodnienia in vitro, że teologia wydaje się popadać tu w niekonsekwencję. Skoro rodzą się dzieci „w szkle”, znaczy to, że Bóg zaakceptował możliwość stwarzania duszy ludzkiej w ten sposób, gdyż dusze te faktycznie stwarza. Co więcej, procedura in vitro teoretycznie umożliwia wydanie na świat potomstwa dziewicy, a przecież w świetle kultu chrześcijańskiego dziewica będąca matką zasługuje na szczególną cześć. Wreszcie kwestia grzechu pierworodnego. Jeśli obcowanie płciowe rodziców uczestniczy w przekazywaniu grzechu pierworodnego potomstwu, to osoby poczęte in vitro zdają się być nim obciążone w mniejszym stopniu niż spłodzone w sposób naturalny. I tylko proszę mi nie mówić, że sprowadzam rzecz do absurdu. Cała tradycja teologii pełna jest sporów na tego rodzaju tematy.*

invitro

Kiedy zakładałem blog, obiecywałem sobie zapisywać w nim ciekawe cytaty, aby mi nie przepadały. Zważywszy częstotliwość wpisów w ostatnim czasie, wywiązywałem się z tej obietnicy średnio. A cytaty nie czekają i się rozpierzchają. Dotarło to do mnie, gdy usiłowałem sobie przypomnieć zgrabną wypowiedź sprzed paru dni… em,… tego, no…., nieważne.

Pora więc powrócić do zamiarów pierwotnych. Dzisiaj fragmenty artykułu Jana Hartmana, którego lekturę polecam, jeśli kto przegapił. Dla mnie ciekawe choćby z tej przyczyny, że autor nazwał pewne zjawiska po imieniu:

Sprawie in vitro wciąż bowiem nadaje się absurdalny, lecz jakże charakterystyczny dla naszego kraju, wymiar sporu ideowego między dwiema stronami: Kościołem i całą resztą. Podobnie jak w dyskusjach organizowanych przez media, Kościół, jakby z urzędu, otrzymuje więc 50 proc. czasu, miejsca i znaczenia, wszyscy inni zaś po małym kawałeczku. Obecny rząd przyjmuje ten dualizm, traktując kwestię in vitro jako przedmiot negocjacji z Kościołem i z góry zakładając, że należy uchwalić takie prawo, na które zgodzi się, choćby niechętnie, Kościół. Cała zaś reszta możliwych stanowisk wrzucona jest do jednego worka, tak jakby ich różnorodność nie miała żadnego znaczenia. Inni to anonimowa drobnica, ot, prywatne opinie – w centrum uwagi jest jeden tylko pogląd. […]

Tymczasem w Polsce polityczna pozycja Kościoła jest właśnie taka – w wielu sprawach uchwala się takie przepisy, których życzył sobie lub na które zgodził się Kościół. Tak uregulowany jest w Polsce ład medialny, szkolnictwo, reprywatyzacja, aborcja i wiele innych spraw. Jednym powodem takiego stanu rzeczy jest wyobrażenie, iż Kościół, gdyby powziął taki zamiar, mógłby obalić rząd lub wynieść do władzy opozycję.*

Jak dotąd publiczna (i polityczna) debata na wiele tematów sprowadzała się do pytania kościelnej hierarchii o zgodę. Zgoda Kościoła pieczętowała rozmaite historyczne kompromisy. A może raczej „kompromisy”? Różnica między kompromisem a kompromisem historycznym w polskim przypadku to jak niegdysiejsza różnica między demokracją a demokracją socjalistyczną.

Wszelka dyskusja (mająca prowadzić do kompromisu) ze stanowiskiem kościelnym toczyła się na klęczkach. Oponenci, gnąc się w ukłonach i lansadach, przepraszali, że w ogóle przyszło im do głowy powątpiewać w prawdy głoszone przez tak starożytną instytucję.

Artykuł Hartmana jest jednym z przykładów nowego tonu, który ostatnio pojawił się w głównym nurcie polskiej prasy: coraz więcej polemistów ośmiela się mieć własne zdanie, nie przepraszając za niestosowność bycia niedowiarkiem. Cytowany tekst jest tego dobrym i ciekawym przykładem i dlatego polecam lekturę w całości.
———–

 *Jan Hartman: In vitro, Kościół, Polska. Polityka 2010 nr 44 s. 25-27
**Rysunek: Raczkowski: Przekrój nr 45

Read Full Post »

wodka6

*Wódka tragiczna i co gorsza nie była wcale tania. Kupiłem 0,5 za 20,50 zł, zmrożona na maxa i tak wykrzywiała mordę, ledwo co z bratem to obaliliśmy.

Niby czasy nie takie najgorsze, ale być patriotą nadal niełatwo.

Read Full Post »