Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Joanna Chmielewska’

[…] Nagle stwierdziłam, że jednak nie, ten tłum wokół mnie normalny być nie może. Jakaś ogromna ilość osób prezentowała wariactwo osobliwe. Mówili do siebie.
Do siebie samych. Idąc ulicą, przy stoliku siedząc samotnie, ze sobą w głos rozmawiali i nawet słów mnie kilka dobiegło, kiedy osobnik w odzieży do normy zbliżonej, „nie, nie zdążę – mówił –  będę musiał się spóźnić”. Sobie samemu głośno tłumaczył, że będzie musiał się spóźnić? Mnóstwo ich. Za twarz z boku się trzymając,idąc czy siedząc, mówili do siebie…?*

 

komorka

Komórkizacja społeczeństwa nastąpiła błyskawicznie. Nie trzeba było przybywać w obecne czasy z XIX wieku, jak bohaterka książki Joanny Chmielewskiej, wystarczyłoby opuscić Ziemię na kilka lat,  by zadawać sobie powyższe pytanie. Zmiana dokonała się błyskawicznie w końcu minionego wieku. Czy w ciągu następnych lat coś się zmieniło? Chyba tylko to, że teraz, czego Polak nie wykrzyczy wszem wobec do telefonu komórkowego, to umieści na Naszej Klasie.

Tu pragnę zaznaczyć, że wynalazek komórki przyjąłem z sympatią. Tym większą, że dotarł do mnie ponad 10 lat temu w postaci czarnej Nokii (takiej z antenką), która do dzisiaj pozostaje dla mnie wzorem funkcjonalności w tej dziedzinie. Bo to i rozmiar w sam raz, i telefon miał dokładnie tyle funkcji, ile telefon mieć powinien. Niestety, pierwsza wada nowej komórki ujawniła się bardzo szybko: była służbowa, a służbowy telefon komórkowy już nie jest specjalnie miłym wynalazkiem.

Bardzo też szybko okazało się, że jeszcze mniej miłym wynalazkiem są dzwonki komórek, zwłaszcza cudzych, które osaczają również niewinnych bezkomórkowców.

Wspomniane dzwonki (? – rzadko dzwonią) powinny się nazywać uprzykrzaczami komórkowymi, bowiem to robią najlepiej. Choć po latach stwierdzam, że mają jedną, niebagatelną zaletę – pozwalają w życiu kierować się maksymą: „Po dźwiękach komórek poznacie ich”. Ja poznaję i rzadko się mylę.

———–

*Joanna Chmielewska: Przeklęta bariera. –Warszawa : Vers, 2000 s. 54-55

** Marek Raczkowski, Przekrój 2008 nr 12

Read Full Post »

[..] Jeśli polski reżyser filmowy zrobi komedię, która choć trochę bawi i nie budzi obrzydzenia, wydarzenie to omawia się szeroko we wszystkich pismach; czemu więc nie zastanowić się nad zabiegami, które pozwalają napisać niezłej klasy powieść rozrywkową. Taką choćby, jak Romans wszechczasów?

Spróbuję tutaj owe zabiegi wyliczyć. Pierwszy z nich i najważniejszy to rozproszenie przestępstwa. Następuje przeniesienie akcji z centrum zbrodni na jej peryferie, bohaterka porusza się na skraju wydarzeń, których przebieg reżyseruje ktoś inny. Co więcej, także ktoś inny obowiązany jest wyświetlić tajemnicę; mamy do czynienia z relacją doktora Watsona, ale trzymanego na uboczu i wcale nie chętnie informowanego o przebiegu zbrodni i śledztwa. Dla autorki płyną stąd rozmaite korzyści. Przede wszystkim odpada sprawa wiarygodności motywu. Łatwiej także można spłacić serwituty należne siłom porządku (aresztowały, kogo miały aresztować), nie wdając się w skomplikowaną akcje prowadzącą do ich uczłowieczenia. Wreszcie sama fabuła przekształca się w ciąg względnie niezależnych zagadek cząstkowych, akurat na miarę bohaterki, od której nikt nie żąda nieomylności.

Zabieg drugi polega na wzbogaceniu faktury. Kryminał-zagadka, klasyczna powieść detektywistyczna respektująca zasady van Dine’a, łatwo obywa się bez urozmaiceń: jest bardziej krzyżówką czy rebusem niż rzeczywistym utworem literackim. Natomiast w powieści sensacyjno-rozrywkowej musi się przede wszystkim dużo dziać – choćby nawet to, co się dzieje, pozostawało w całkiem luźnym związku z zasadniczą intrygą. Nie oznacza to jednak całkowitej dowolności; specjaliści od piętrzenia absurdów są zwykle przeraźliwie nudni. W powieściach Chmielewskiej jest inaczej: owszem, to, co się dzieje w centrum zagadki może być zgoła nieprawdopodobne, jednak to, w czym uczestniczy bohaterka podlega dość ściśle zasadom potocznego realizmu. W tens posób ustala się równowaga: im fantastyczniejsza sytuacja, tym dosłowniejsze realia.

W Romansie wszechczasów absurdalny pomysł, by obca osoba zastępowała żonę przy boku męża tak, by ten nie dostrzegł różnicy, idea rodem z boskiego idiotyzmu operetki, gdzie ojciec nie poznaje rodzonej córki, ponieważ włożyła nowe rękawiczki – uzyskuje rzetelną przeciwwagę w postaci realizmu szczegółów: oporu przedmiotów, niemożności znalezienia w cudzym mieszkaniu cukru czy żelazka, niekonsekwencji w noszeniu zbytecznych okularów.

Absurdalna w istocie sytuacja staje się w ten sposób na poły wiarygodna, a zatem atrakcyjna; czysty absurd byłby bez sensu. Chyba że chodziłoby o parodię; co jednak w odniesieniu do powieści milicyjnej jest bodaj niemożliwe, wymagałoby bowiem zakwestionowania zasady dydaktyczno-perswazyjnej.

Zabieg trzeci wynika z poprzedniego i polega na akcentowaniu potocznego realizmu. Zwracano już uwagę na fakt, że w przeciętnym polskim kryminale rzeczywistość występuje najwyżej na prawach onomastycznego cytatu: kilka nazw ulic, adres Komendy Stołecznej MO, czasem jeszcze gatunek papierosów. U Chmielewskiej zgadza się nie tylko nazywa; wiarygodna jest cała topografia. Nawet gdy żadna nazwa nie pada, łatwo odtworzyć, gdzie przebywają bohaterowie: w autobusie pospiesznym B albo w sopockim domu ZAIKS-u.Chętnie wierzę autorce, że między Pasłękiem i Mławą przy drodze znajduje się bagno, w którym można zatopić volkswagena. Wiarygodne są stroje i pogoda; zgodny z prawdą jest nawet opis sporządzania wzorów do flokowania tkanin. Potocznemu realizmowi sprzyja dodatkowo narracja w pierwszej osobie, a także fakt, że opowiadającej przydaje się cechy samej autorki – od nazwiska widocznego na okładce po korekty przysyłane z wydawnictwa. […]

Zewnętrznemu prawdopodobieństwu służy także zabieg czwarty, chyba najbardziej pomysłowy: autonomizacja języka. Bo właśnie w warstwie stylistycznej dokonuje się spojenie w całość przekładańca złożonego z nonsensownej ramy i drobnorealistycznych szczegółów. […] Automatyzmy językowe uniemożliwiają bohaterom ujawnienie informacji istotnych dla rozwikłania intrygi i właściwie w samym sposobie mówienia tkwi główna przeszkoda w dotarciu do sedna tajemnicy. Prawie każda myśl bardziej skomplikowana rozbija się o nieadekwatny sposób wypowiedzi. W jednej z wcześniejszych książek Chmielewskiej [„Wszystko czerwone”] cała tajemnica wiązała się z zaginionym listem: ilekroć bohaterowie zbliżali się do szafy, w którą był wetknięty, tylekroć bieg konwersacji odwodził ich od widocznego już dla czytelników rozwiązania. Coś podobnego dzieje się również z narracją Romansu: myśli, które się myślą bohaterce, sprowadzają ją stale z właściwego tropu. Co z kolei pozwala stworzyć napięcie między nią i czytelnikiem.

Ostatecznie bowiem gra powieściowa toczy się tutaj nie między przestępcą a odbiorcą, który na czas lektury winien utożsamić się z organami ścigania – lecz między dwoma ciągami wyobrażeń: opowiadanym przez narratorkę i równolegle odtwarzanym przez czytelnika. Zbrodnia, śledztwo i kara znajdują się poza terenem gry; rzeczywistym partnerem jest narracja i jedynie ona wymaga uwierzytelnienia. Na podobnej zasadzie zresztą opiera się „czarny” kryminał amerykański, tylko na ponuro i poważnie; Chmielewska wybrała wersję żartobliwą. W ten sposób wykpiła się z trudności stwarzanych przez gatunek; strach pomyśleć, ze mogłaby zacząć pisać serio.*

W PRL-u twórczość autorki „Lesia” była zjawiskiem wyjątkowym, zwłaszcza na tle powieści milicyjnej. Uzupełniając wywód Szpakowskiej warto podkreślić, że czytelnicy pokochali Chmielewską za obecny w jej książkach humor. Jacek Maziarski zauważył swego czasu w Polityce (1973 nr 51 s. 16), że pisarka „osiąga murowany efekt komiczny balansując na wąziutkiej kładce ponad szmirą i parodiując tradycyjne wątki”.

We wczesnych powieściach Chmielewskiej owo ujęcie parodystyczne widać najwyraźniej. Łańcuch morderstw w „Wszystko czerwone”przywodzi na myśl „Dziesięciu Murzynków” Agathy Christie lub „Sześć tygodni w Reno” Patricka Quentina. O ile jednak u Quentina kolejne morderstwa potęgują napięcie i służą zawikłaniu zagadki, to u Chmielewskiej narastają one na kształt lawiny, powodując karykaturalne odrealnienie sytuacji. Ogólny zarys „Całego zdania nieboszczyka” zgodny jest ze schematem powieści sensacyjno-przygodowej, ale już szczegóły wyraźnie służą osiągnięciu efektu komicznego – skontrastowanie typowo „męskiej” przygody (narkotyki, bandyci, pogonie i pościgi) z „kobiecymi” rekwizytami (szydełko, robótka, tłuczek do mięsa) służy osiągnięciu efektu komicznego.

Dzisiaj ocena dorobku Joanny Chmielewskiej jest trudniejsza i zapewne wypadłaby mniej jednoznacznie – od 1989 r. corocznie ukazują się przeciętnie dwie nowe książki pisarki, a ilość niekoniecznie przechodzi w jakość.

———–

*Małgorzata Szpakowska: Kryminał teoretycznoliteracki. -Twórczość 1976 nr 1 s. 123-125. Rec. książki: Joanna Chmielewska: Romans wszechczasów. Warszawa : Czytelnik 1975.

O „Całym zdaniu nieboszczyka” rozmawialiśmy już wcześniej >>>>

 

Read Full Post »