Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘kryminał’

– Pańskie zeznania są wykrętne – rzekł surowo Filip [do Mohylnego]. – Jeśli pan nie wiedział, że to porucznik Żurko, dlaczego pan nie zatrzymywał się na wezwania, tylko uciekał?

– Sądziłem, że to komornik. […] Porucznik Żurko był perfidnie przebrany. Pan zapomina o nadzwyczajnych zdolnościach mimicznych i aktorskich swego szefa. Identycznie wygląda komornik, który mnie nachodził.

Filip spojrzał na Żurkę bezradnie.

– Jednakże, gdy porucznik Żurko wzywał pomocy, będąc zawieszony na prętach zbrojeniowych nad przepaścią, pan naigrawał się z niego.

– Nieścisłe – pokręcił głową Mohylny. – Po pierwsze, jak powiedziałem, wciąż brałem go za złośliwego komornika. Po drugie, pytam, kto kazał porucznikowi Żurce spuszczać się na linie zaimprowizowanej z szelek, szalika i krawata z trzeciego piętra na drugie.

– Ja na linie? To nonsens! – zgrzytnął zębami Żurko, poruszając  niecierpliwie nogą na wyciągu. […]

– Skąd wam do głowy przyszło, Mohylny, że porucznik Żurko spuszcza się za wami na linie? To bzdura! – wykrzyknął Filip.

– Jak to? Przecież widziałem.

– Porucznik Żurko zawisł na szelkach, spadając ze stropu. Zaczepił o pręty zbrojeniowe. Tylko dzięki temu nie poniósł śmierci na miejscu.

– To rzeczywiście szczęśliwy traf. Byłbym niepocieszony…

– Jednakże pan nie zdjął porucznika z szelek. Szelki nie wytrzymały obciążenia i porucznik Żurko przez was złamał nogę.

– O przepraszam! Nie przeze mnie, tylko przez szelki. Nie mogę brać odpowiedzialności za złą jakość milicyjnych szelek. *

 

piecmanekinow2Edmund Niziurski wydał dwa kryminały. Tylko dwa. Całkiem niewykluczone, że stało się tak dlatego, że ktoś w wydawnictwie MON zdał sobie sprawę, że autor żartuje z szacownego wydawnictwa. Gdyby nie przypis, można by sądzić, że powyższy fragment pochodzi z „Niewiarygodnych przygód Marka Piegusa”… A tu proszę: Ministerstwo Obrony Narodowej, seria „Labirynt”. Możliwe też (i wielce prawdopodobne), że w wydawnictwie nie skrystalizowały się jeszcze odpowiednie wytyczne nakazujące, żeby za czarnym charakterem zawsze stali odwetowcy z Bonn, ewentualnie był nim agent obcego (ideologicznie) wywiadu.

piec_manekinowWracając do „Marka Piegusa”. Powinowactwa obu książek nie są niemożliwe, albowiem „Piegus” ukazał się w tym samym, 1959 r.! Spójrzmy choćby na listę nazwisk bohaterów „Pięciu manekinów”: porucznik Hipolit Żurko, Antoni Bujwid Żurawski, Leon Postur, Apolonia Dopust, Krystyna Parytetówna, sierżant Fiołek, ekspert (milicyjny) Pluszak, wywiadowca Drabek, szef ekipy ekspertów Pajkert [!!!], student Tadeusz Melassa, kapral Kajtus, Piotr Mohylny, mecenasostwo Pontyscy, porucznik Dziarmaga, Czesław Cacko… Mam wrażenie, że niektóre pomysły wędrowały miedzy obu powieściami. Przypomnijmy, że osią akcji „Piegusa” jest tajemnicze zniknięcie Cześka Pajkerta, a w dochodzeniu uczestniczy słynny detektyw Hippolitt Kwass. Nie zdziwiłbym się, gdyby w pierwszej redakcji powieści nazywał się Hipolit Żurko.

Osobom, które chciałyby umilić sobie wieczór lekturą kryminału i wybrały w tym celu „Pięć manekinów”, należy  się jednak ostrzeżenie: jako kryminał jest to lektura bardzo taka sobie. To bardziej szereg następujących po sobie epizodów niż kryminalna fabuła – brakuje w niej napięcia i suspensu, a główny bohater w połowie książki trafia do szpitala i nie pojawia się już do końca. Niemniej jako osobliwość z oficyny Ministerstwa Obrony Narodowej rzecz warta jest polecenia hobbystom i kolekcjonerom lektur niebanalnych.


*Edmund Niziurski: Pięć manekinów. – [Wyd. 2]. – LTW, 2010. – S. 116-177 Pierwodruk: Wydaw. Ministerstwa Obrony Narodowej, 1959, seria „Labirynt”.

Read Full Post »

Alex pochylił się i zajrzał do programu, który Karolina trzymała na kolanach. Odczytał obsadę:
STARY – lat 95 – Stephen Vincy
STARA – lat 94 – Ewa Faraday
MÓWCA – lat 45-50 – Henryk Darcy
I WIELE INNYCH OSÓB
Reżyseria: HENRYK DARCY

W tej samej chwili światła zgasły zupełnie. […] Niedostrzegalnie dla publiczności kurtyna uniosła się i blask reflektorów  wyłonił z pustki scenicznej dwie postacie starych ludzi siedzących w krzesłach. Ubrani byli oboje dziwacznie. Stary miał na sobie luźną szarą bluzą, uszyta jak gdyby z worka. Do jej ramion doczepione były epolety. Granatowe spodnie zaopatrzone były w czerwony huzarski lampas. Na nogach, zarówno on, jak i Stara, mieli znoszone ciepłe bambosze. Stara ubrana była w suknię podobna z barwy i kroju do bluzy starego, bezkształtną i workowatą. […]

Koncepcja reżyserska była na wskroś nowoczesna. Aktorzy grający starych ludzi mieli na twarzy maski przypominające maski greckie i wyrażające ogólnie pojętą starość. Głos i ruchy nie podlegały prawom starości, ale ukazywały wieczną, tragiczną młodość i naiwność człowieka wobec losu. W ten sposób aktorzy nie musieli grać starych ludzi, ale stwarzali na scenie sprawę o wiele ważniejszą: dawali syntezę starości, grali wszystkich starych ludzi, którzy istnieli i istnieją, co podnosiło wymiar tej zdumiewającej sztuki nieomal do godności greckiej tragedii. […]

Przerwa nie zatrzymała biegu spektaklu. Podczas niej narosły na scenie rzędy krzeseł, stanowiły już one całe góry i wąwozy, wśród których jak w upiornym pejzażu poruszali się aktorzy. Nagromadzenie urojonych gości doszło już do fantastycznych rozmiarów. Dwieście, trzysta krzeseł… a oboje starzy wnosili coraz to nowe. […]*

No a potem okazało się, że z trojga aktorów do braw wyszło tylko dwoje, i jakiś czas później Ben Parker powiedział do Joe Alexa:

Stefan Vincy, odtwórca roli Starego w dzisiejszym przedstawieniu „Krzeseł”, został przed chwilą znaleziony w swojej garderobie ze sztyletem w sercu.*

Dzisiaj jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że kryminały piszą nawet profesorowie uniwersytetów, korzystając ze swojej wiedzy i – co ważniejsze – uniwersyteckiej metody. Tak powstawały pierwsze książki Marka Krajewskiego, który najpierw sprawdzał potrzebne szczegóły w bibliotece uniwersyteckiej, a potem wyprawiał Eberhardta Mocka na ulice Breslau.

Założenia gatunku przez długi czas były o wiele skromniejsze – trzeba było tylko sprawnie opowiedzieć zagadkę, a powstała książka nie mogła być zbyt gruba. Choćby z tego powodu, że kryminały zaliczały się do literatury wagonowej (czyli do czytania w pociągu), a ta musiała być wydawana w formatach podręcznych, poręcznych i kieszonkowych. Zresztą, wystarczy wziąć do ręki dowolny kryminał Agathy Christie, by zobaczyć w czym rzecz.

Dzisiaj kryminały wypełnione bywają erudycją rozmaitą, książki takiego Dana Browna mogą służyć jako przewodniki po zbiorach sztuki, i tak są wydawane, najnowsza książka Umberta Eco z premedytacją publikowana jest w postaci olbrzymiego tomiszcza.

Współczesny czytelnik może więc nie zauważyć snobistycznej literackości kryminałów Joe Alexa, która subtelnie odróżniała te powieści od innych. Wszystkie opatrzone były mottem z wielkiej literatury, które to motto zazwyczaj ma swój istotny udział w rozwoju akcji, nie jest więc ornamentem.

Krótki przegląd: „Jesteś tylko diabłem” bierze swój tytuł z „The Birth Of Merlin” Williama Rowleya (ktoś czytał? pewnie nie, a rzecz przypisywana była Szekspirowi); „Gdzie przykazań brak dziesięciu” – tytuł z wiersza Rudyarda Kiplinga, który zresztą przytoczony jest w całości. „Zmącony spokój Pani Labiryntu” z „ptolomejskiego papirusu grobowego odczytanego przez Karolinę Beacon” (nawet jeśli papirus taki istniał tylko w powieści, cytat nie brzmi gorzej od autentycznych). „Piekło jest we mnie” – to Milton, „Raj utracony”. „Cichym ścigałam go lotem” – z „Eumenid” Ajschylosa. Jak widać, wielka klasyka jest kopalnią kryminalnych tytułów.

Najdalej w swej literackości idą dwa tytuły. Pierwszy to „Powiem wam, jak zginął” z cytatem  z „Orestei” Ajsycholosa. Wypowiadane przez Klitajmestrę słowa pojawią się nie tylko w cytacie na początku książki, powie je później aktorka Sara Drummond, a w powieści mamy jeszcze Makbeta i „wszystkie pachnidła Arabii”!

No i na koniec zostaje nam książka, której tytuł nie jest, jak to było wcześniej, dosłownym cytatem (tym razem z Ioneski) – „Śmierć mówi w moim imieniu”. Fabuła dramatu „Krzesła” jest tak spleciona z kryminalną intrygą, że nie da się ich oddzielić. Dla kryminalnej zagadki niezbędny jest tekst „Krzeseł”, niezbędny jest opis sposobu inscenizacji. W czasach, gdy „Krzesła” nie były łatwo dostępną lekturą, wielu studentów zyskiwało przed egzaminem z literatury powszechnej jaką taką orientację w treści dramatu dzięki tej właśnie książce.

Przypominając kryminały Joe Alexa, wskazuje się często na ich snobistyczną angielskość, która zresztą nie pozwalała ich pomylić z wytworami peerelowskiej powieści milicyjnej. Rzadziej zwraca się uwagę na ich snobistyczną literackość, zresztą bardzo udatnie dodającą smaku lekturze. No to ja zwróciłem.


*Joe Alex: Śmierć mówi w moim imieniu. Okładkę projektował Bronisław Kurdziel. Wyd. 10. – Kraków: Wydaw. Literackie, 1974

Bardziej (a nawet bardzo) systematyczny wykład na temat kryminałów znajdą PT Czytacze na blogu Onibe, gdzie pojawiał się Alfabet Kryminalny Izy
Czartogromskich Czytanek kryminalnych było jednak też kilka: Kryminał teoretycznoliteracki, Kryminał zagracony, Noir w kolorze popielatym ,Obywatel milicjant powraca!, Unik na dzisiaj

Read Full Post »

Demonicznego, zdemoralizowanego, sadystycznego Mocka zastąpi Edward Popielski, wytrawny detektyw działający nocami, uparty i niecierpliwy. „Łysy”, jak nazywają go lwowiacy z półświatka, wydaje się – nomen omen – popielatym (bo przecież nie czarnym) cieniem Mocka. Policjant z Breslau był w swojej pogoni za złem okrutny, bezkompromisowy, nieustępliwy – i cechy te sprawiały, że sam nieuchronnie na stronę zła przechodził, stawał się jego cząstką, żywym dowodem twierdzenia, iż w złu nie można zanurzyć się bezkarnie, ze spotkania z diabłem nie można wyjść nienaznaczonym. Zwycięzca stawał się w ten sposób ofiarą, pokonany – zwycięzcą. Lwowski komisarz nie jest już tak bezwzględny, jego skrupuły są bardziej oczywiste, a motywy postępowania – zrozumiałe.

A jednak, paradoksalnie, mroczna postać Mocka wydawała się bardziej ludzka, bardziej wielowymiarowa niż cieszący się ponurą sławą Popielski. […]

Scenerią dla tej ponurej przypowieści staje się Lwów – Krajewski zdaje się przesuwać po mapie narodowych sentymentów: najpierw przywoływał niemieckie Breslau, teraz buduje obraz polskiego Lwowa. Wydarzenia relacjonowane typowym lwowskim bałakiem wydają się… groteskowo nieprawdziwe. Mit miasta, lwowski genius loci  związany jest mocno z tradycją kresową, prozą małych ojczyzn – jest opowieścią tworzoną w języku idylli, czasem miejskiej przyśpiewki, żartu. Miejsce utracone, wyśniona kraina dzieciństwa. To właśnie na tle tej arkadyjskiej legendy umieszcza Krajewski fabułę swego kryminału noir.*

No tak, ale czy „Erynie” jeszcze są noir?

W odróżnieniu od detektywistycznej szarady, czarny kryminał musi być literaturą,bowiem oprócz realistycznej i wiarygodnej wizji świata musi przynieść także literacko wiarygodną, psychologicznie prawdziwą postać detektywa. To wszystko jest w powieściach z Eberhardem Mockiem.

Liczy się też miejsce akcji i sposób jego przedstawienia. Z punktu widzenia polskiego czytelnika niemiecki Breslau jest doskonały jako tło mrocznej opowieści – jest miejscem nieznanym, wyłaniającym się gdzieś z mroków niepamięci, przez to tajemniczym.

A Lwów? Z czym kojarzy się Lwów? Ze Szczepciem i Tońciem? Starą komedią filmową? Lwowska piosenką? Śmieszną gwarą? Toż to miejsce bardziej na kabaret niż na powieść noir.

W świat Mocka i Mockowi instynktownie wierzymy, świat Popielskiego jest dekoracją do filmu. A prawdziwy kryminał noir musi chyba jednak być na serio. I tu dochodzimy do tego, czego brakuje „Eryniom” i ich bohaterowi, Popielskiemu. W Popielskiego nie wierzymy. To bardziej Poirot niż Marlowe.

Wszystko w tej książce jest cendré zamiast noir. Owszem, to się czyta, bo jest tu tyle, ile trzeba, by kryminał wciągał. Ale też nie zmienia to faktu, że Marek Krajewski właśnie wprowadził do polskiej literatury kryminał cendré, popielaty.

———–

*Marek Krajewski: Erynie. Rec.: Metafizyka zła powszedniego / Bogumiła Kaniewska. – Nowe Książki 2010 nr 8 s. 60

———–

Przerwa na reklamę 😉

 

 

Read Full Post »

Specjalnością Jerzego Edigeya jest natomiast bezbarwność. Nikt tak jak on nie potrafi krwistemu mięsu kryminalnej intrygi nadać smaku przeżutego papier-maché. […]

Najbardziej specyficzną cechą powieści Edigeya jest to, że identycznym jak narrator,skrzypiącym i nudnym aż do mdłości językiem mówią w nim wszyscy bohaterowie.[..]

Bezbarwność jako cecha rozpoznawcza nie ogranicza się u Edigeya do płaszczyzny języka, ale rozciągnięta zastaje z dużym wysiłkiem na cały świat przedstawiony. Powiadamy „z dużym wysiłkiem”, albowiem doprawdy niemałego samozaparcia potrzeba, aby historie napadu na banki – choćby to był przaśno-swojski Spółdzielczy Bank Ludowy w Łowiczu  – i następującego potem śledztwa opowiedziana została w sposób tak przytłaczająco nudny. Autor dba z poświęceniem o to, żeby żaden z bohaterów Walizki z milionami nie wyróżniał się niczym poza ewentualnie wzrostem i stopniem służbowym […].*

edigey

Pawelski trzęsącymi rękoma wziął dziennik. Na pierwszej stronie znalazł duży tytuł przez cztery szpalty.
ARESZTOWANIE MORDERCY
GWIAZDORA FILMOWEGO  –
MARIANA ZAREMBE ZABIŁ
JEGO NAJBLIŻSZY PRZYJACIEL –
ZYGMUNT WIŚNIAK
PRZYZNAJE SIĘ DO ZBRODNI
**

cwirlej

W barze Krakus przy Czerwonej Armii śmierdziało gotowanym mięsem, kiszoną kapustą i wódką. Nic dziwnego, w tym przybytku gastronomii uspołecznionej sprzedawano tylko jedno główne danie, gotowana golonkę z kapustą. […]

Dyrekcja kombinatu chciała, by poznański Krakus był prawdziwa wizytówką formy. Dobrze mięso pozostawało nadal towarem deficytowym sprzedawanym na kartki, ale tu można było najeść się do syta. Towar do baru dowożono codziennie i w takich ilościach, że choć wszystkie kucharki z kierowniczką na czele pokaźna część dostawy sprzedawały na lewo swoim znajomym, i tak mięsa wystarczało na zaspokojenie potrzeb wiecznie głodnych klientów.***

 

Pierwsze dwa cytaty przypomniały mi się, gdy zawiedziony kończyłem lekturę kilku nowych polskich kryminałów z – wydawałoby się – wyższej półki, bo wydanych przez dobre  – wydawałoby się – wydawnictwo.

Bylejakość peerelowskiego kryminału specjalnie nie dziwiła, zwłaszcza gdy znało się uwarunkowania. Bezbarwność nie była specjalnością wymienionego wyżej pisarza. Obrońcy powieści milicyjnej podnosili jako okoliczność łagodzącą, że za to przynosiła ona obraz obyczajów tamtych czasów. Też nieprawda, a drugi z powyższych cytatów, pochodzący ze epoki rozkwitu powieści milicyjnej, przekonuje o tym dowodnie. Jedyną informacja, która w prasie tamtego czasu mogła się ukazać na pierwszej stronie przez cztery szpalty, były informacje o rozpoczęciu/zakończeniu obrad pewnych wysokich gremiów, ewentualnie o przyjacielskiej wizycie bratniego przywódcy.

Niemal każda powieść milicyjna wyglądała , jakby rozgrywała się w dekoracjach do filmu „Wiosna,panie sierżancie”, a i to dotyczy tych lepszych dokonań. Więcej przykładów w „Książkach najgorszych” Barańczaka, które niedawno wznowiono. Książka to historyczna i wydawałoby się, że doświadczenia powieści milicyjnej dawno już mamy za sobą, a tu okazuje się, że jej duch nadal straszy.

W ubiegłym roku przeczytałem (przemęczyłem) „Przystanek śmierć” Tomasza Konatkowskiego. Autor odniósłby większy sukces, pisząc zbeletryzowaną historię warszawskich tramwajów, niż ubierając swój wywód w szaty powieści kryminalnej, która barwnością stylu dorównuje „Walizce z milionami”; niedopatrzeniem wydaje się, że do książki nie dołączono rozkładu jazdy, który znacznie wzmógłby atrakcyjność powieści.

Tytuł ukazał się w ciekawej (ongiś?)„Mrocznej Serii” WAB-u, która do niedawna kojarzyła się z książkami co najmniej przyzwoitymi. Chyba jednak już długo tak nie pozostanie, bo nowy trend został wytyczony. Z papier-maché wydawała się być ulepiona już powieść Marka Krajewskiego i Mariusza Czubaja „Róże cmentarne”.

Nic to jednak w porównaniu z najnowszym dorobkiem. Duch powieści milicyjnej musiał chichotać złośliwie w trakcie lektury „Ręcznej roboty”Ryszarda Ćwirleja***, który stworzył powieść milicyjną a rebours (czas akcji: PRL, połowa lat 80). Co ciekawe, ze skutkiem dokładnie takim samym, jak jego milicyjni poprzednicy. U Ćwirleja milicjanci różnią się, pomijając szarżę, głównie stopniem obleśności. Pierwsza połowa książki jest majstersztykiem, bowiem nie dość, że autorowi udaje się pchnąć akcję do przodu, to wprowadza do akcji jakieś 60 osób, zaznajamiając przy tym czytelnika z ich paskudnymi życiorysami. Do tego dochodzą dokładne charakterystyki przekrętów, włączając w to handel lewą wódka w milicyjnych konsumach. Przedmioty też nie występują w tej powieści ot tak, same dla siebie. Dwukrotnie pojawia się wykład porównawczy o telewizorach kolorowych (radzieckie rubiny faktycznie były fatalne, przyznaję), a bohater, można odnieść wrażenie, goli się tylko po to, by dać sposobność do wykładu o socjalistycznych żyletkach, czy raczej ich braku. Fakt, że w barze Krakus sprzedawano golonkę, jest pretekstem do całostronicowego eseju o Kombinacie Produkcyjnym w Buszewku. I tak co drugą stronę…

Widzę w tym wpływ „metody Krajewskiego”, który w swoich powieściach pieczołowicie i pracowicie odtworzył przedwojenny Breslau. U Krajewskiego jednak mrówcza praca dała efekt w postaci powieści. Ćwirlej, choć się starał, ulepił kolejną powieść milicyjną.

———-

*Stanisław Barańczak: Ciaćki. W: Książki najgorsze [1975-1980] i parę innych ekscesówkrytycznoliterackich. Wyd. 2., zm. – Poznań: Wydaw. a5, 1990. – S. 43-45

**Jerzy Edigey: Przy podniesionej kurtynie. – Warszawa : Czytelnik, 1968. – S.230-231

***Ryszard Ćwirlej: Ręczna robota. – Warszawa: WAB, 2010  s. 143-144 (Mroczna Seria)

———–
Przerwa na reklamę 😉

 

 

Read Full Post »

[..] Jeśli polski reżyser filmowy zrobi komedię, która choć trochę bawi i nie budzi obrzydzenia, wydarzenie to omawia się szeroko we wszystkich pismach; czemu więc nie zastanowić się nad zabiegami, które pozwalają napisać niezłej klasy powieść rozrywkową. Taką choćby, jak Romans wszechczasów?

Spróbuję tutaj owe zabiegi wyliczyć. Pierwszy z nich i najważniejszy to rozproszenie przestępstwa. Następuje przeniesienie akcji z centrum zbrodni na jej peryferie, bohaterka porusza się na skraju wydarzeń, których przebieg reżyseruje ktoś inny. Co więcej, także ktoś inny obowiązany jest wyświetlić tajemnicę; mamy do czynienia z relacją doktora Watsona, ale trzymanego na uboczu i wcale nie chętnie informowanego o przebiegu zbrodni i śledztwa. Dla autorki płyną stąd rozmaite korzyści. Przede wszystkim odpada sprawa wiarygodności motywu. Łatwiej także można spłacić serwituty należne siłom porządku (aresztowały, kogo miały aresztować), nie wdając się w skomplikowaną akcje prowadzącą do ich uczłowieczenia. Wreszcie sama fabuła przekształca się w ciąg względnie niezależnych zagadek cząstkowych, akurat na miarę bohaterki, od której nikt nie żąda nieomylności.

Zabieg drugi polega na wzbogaceniu faktury. Kryminał-zagadka, klasyczna powieść detektywistyczna respektująca zasady van Dine’a, łatwo obywa się bez urozmaiceń: jest bardziej krzyżówką czy rebusem niż rzeczywistym utworem literackim. Natomiast w powieści sensacyjno-rozrywkowej musi się przede wszystkim dużo dziać – choćby nawet to, co się dzieje, pozostawało w całkiem luźnym związku z zasadniczą intrygą. Nie oznacza to jednak całkowitej dowolności; specjaliści od piętrzenia absurdów są zwykle przeraźliwie nudni. W powieściach Chmielewskiej jest inaczej: owszem, to, co się dzieje w centrum zagadki może być zgoła nieprawdopodobne, jednak to, w czym uczestniczy bohaterka podlega dość ściśle zasadom potocznego realizmu. W tens posób ustala się równowaga: im fantastyczniejsza sytuacja, tym dosłowniejsze realia.

W Romansie wszechczasów absurdalny pomysł, by obca osoba zastępowała żonę przy boku męża tak, by ten nie dostrzegł różnicy, idea rodem z boskiego idiotyzmu operetki, gdzie ojciec nie poznaje rodzonej córki, ponieważ włożyła nowe rękawiczki – uzyskuje rzetelną przeciwwagę w postaci realizmu szczegółów: oporu przedmiotów, niemożności znalezienia w cudzym mieszkaniu cukru czy żelazka, niekonsekwencji w noszeniu zbytecznych okularów.

Absurdalna w istocie sytuacja staje się w ten sposób na poły wiarygodna, a zatem atrakcyjna; czysty absurd byłby bez sensu. Chyba że chodziłoby o parodię; co jednak w odniesieniu do powieści milicyjnej jest bodaj niemożliwe, wymagałoby bowiem zakwestionowania zasady dydaktyczno-perswazyjnej.

Zabieg trzeci wynika z poprzedniego i polega na akcentowaniu potocznego realizmu. Zwracano już uwagę na fakt, że w przeciętnym polskim kryminale rzeczywistość występuje najwyżej na prawach onomastycznego cytatu: kilka nazw ulic, adres Komendy Stołecznej MO, czasem jeszcze gatunek papierosów. U Chmielewskiej zgadza się nie tylko nazywa; wiarygodna jest cała topografia. Nawet gdy żadna nazwa nie pada, łatwo odtworzyć, gdzie przebywają bohaterowie: w autobusie pospiesznym B albo w sopockim domu ZAIKS-u.Chętnie wierzę autorce, że między Pasłękiem i Mławą przy drodze znajduje się bagno, w którym można zatopić volkswagena. Wiarygodne są stroje i pogoda; zgodny z prawdą jest nawet opis sporządzania wzorów do flokowania tkanin. Potocznemu realizmowi sprzyja dodatkowo narracja w pierwszej osobie, a także fakt, że opowiadającej przydaje się cechy samej autorki – od nazwiska widocznego na okładce po korekty przysyłane z wydawnictwa. […]

Zewnętrznemu prawdopodobieństwu służy także zabieg czwarty, chyba najbardziej pomysłowy: autonomizacja języka. Bo właśnie w warstwie stylistycznej dokonuje się spojenie w całość przekładańca złożonego z nonsensownej ramy i drobnorealistycznych szczegółów. […] Automatyzmy językowe uniemożliwiają bohaterom ujawnienie informacji istotnych dla rozwikłania intrygi i właściwie w samym sposobie mówienia tkwi główna przeszkoda w dotarciu do sedna tajemnicy. Prawie każda myśl bardziej skomplikowana rozbija się o nieadekwatny sposób wypowiedzi. W jednej z wcześniejszych książek Chmielewskiej [„Wszystko czerwone”] cała tajemnica wiązała się z zaginionym listem: ilekroć bohaterowie zbliżali się do szafy, w którą był wetknięty, tylekroć bieg konwersacji odwodził ich od widocznego już dla czytelników rozwiązania. Coś podobnego dzieje się również z narracją Romansu: myśli, które się myślą bohaterce, sprowadzają ją stale z właściwego tropu. Co z kolei pozwala stworzyć napięcie między nią i czytelnikiem.

Ostatecznie bowiem gra powieściowa toczy się tutaj nie między przestępcą a odbiorcą, który na czas lektury winien utożsamić się z organami ścigania – lecz między dwoma ciągami wyobrażeń: opowiadanym przez narratorkę i równolegle odtwarzanym przez czytelnika. Zbrodnia, śledztwo i kara znajdują się poza terenem gry; rzeczywistym partnerem jest narracja i jedynie ona wymaga uwierzytelnienia. Na podobnej zasadzie zresztą opiera się „czarny” kryminał amerykański, tylko na ponuro i poważnie; Chmielewska wybrała wersję żartobliwą. W ten sposób wykpiła się z trudności stwarzanych przez gatunek; strach pomyśleć, ze mogłaby zacząć pisać serio.*

W PRL-u twórczość autorki „Lesia” była zjawiskiem wyjątkowym, zwłaszcza na tle powieści milicyjnej. Uzupełniając wywód Szpakowskiej warto podkreślić, że czytelnicy pokochali Chmielewską za obecny w jej książkach humor. Jacek Maziarski zauważył swego czasu w Polityce (1973 nr 51 s. 16), że pisarka „osiąga murowany efekt komiczny balansując na wąziutkiej kładce ponad szmirą i parodiując tradycyjne wątki”.

We wczesnych powieściach Chmielewskiej owo ujęcie parodystyczne widać najwyraźniej. Łańcuch morderstw w „Wszystko czerwone”przywodzi na myśl „Dziesięciu Murzynków” Agathy Christie lub „Sześć tygodni w Reno” Patricka Quentina. O ile jednak u Quentina kolejne morderstwa potęgują napięcie i służą zawikłaniu zagadki, to u Chmielewskiej narastają one na kształt lawiny, powodując karykaturalne odrealnienie sytuacji. Ogólny zarys „Całego zdania nieboszczyka” zgodny jest ze schematem powieści sensacyjno-przygodowej, ale już szczegóły wyraźnie służą osiągnięciu efektu komicznego – skontrastowanie typowo „męskiej” przygody (narkotyki, bandyci, pogonie i pościgi) z „kobiecymi” rekwizytami (szydełko, robótka, tłuczek do mięsa) służy osiągnięciu efektu komicznego.

Dzisiaj ocena dorobku Joanny Chmielewskiej jest trudniejsza i zapewne wypadłaby mniej jednoznacznie – od 1989 r. corocznie ukazują się przeciętnie dwie nowe książki pisarki, a ilość niekoniecznie przechodzi w jakość.

———–

*Małgorzata Szpakowska: Kryminał teoretycznoliteracki. -Twórczość 1976 nr 1 s. 123-125. Rec. książki: Joanna Chmielewska: Romans wszechczasów. Warszawa : Czytelnik 1975.

O „Całym zdaniu nieboszczyka” rozmawialiśmy już wcześniej >>>>

 

Read Full Post »

Trattoria Giovanniego
ulica Skrybów, Zatybrze (Rzym)
Zakąski
Sardynki przystrojone                                           500 lirów
Jajeczka jesiotra w sosie własnym                        1200
Sandacz w majonezie                                           700
Jesiotr zmarnowany                                              800
Siateczka tuńczyka w oleju                                    700

Zupy
Rosół z kastrowanego byka                                   450
Rosół z czaszki jesiotra                                         550
Zupa z zielonych pąków                                        350
Rosół na liściach szczawiowych z jajami puszczonymi
w koszulkach                                                       500  
Zupa żółfiowa                                                      600

Ryby
Pstrągi skąpane w maśle                                       650
Pstrągi na lazurowo                                              600
Duży skok z rożna z sosem na occie                        525
Karp nafaszerowany                                            400

Mięsiwa
Pieczeń zaduszona po angielsku z
zielonymi grochowinkami                                      750
Świńskie odnóża                                                  600
Kładka wołowa ochrzaniona                                  575
Kładka cielęca                                                      500
Najkorzystniejsze kawałki cielęciny                         600
Biodro jagnięcia w zielonym garniturze                   575
Kulki cielęce z wiązanka jarzyn                               600
Zraziki w pośpiechu wysadzane                              525
Język wołowy ochrzaniony                                     450
Cząber z tryka z wyostrzonym sosem                      675
Zwijka z prosięcia                                                 700

Ptactwo
Kogut kastrowany z rożna                                    725
Biust kurczęcia w maśle                                       800
Kura kapłuniona z serdelami                                 725
Słonka uduszona w słoninkowych listkach              900
Bażant zarumieniony                                            900

Jarzyny
Szparagi zielone na fason zielonego grochu            420
Szpinak ukręcony                                                 300
Karczochy warzone z masłem podpalonym             350
Mizerya ze śmietanką                                           250

Owoce
Brzoskwinie, ile wlezie                                         350
Galimatias z różnych owoców                               400
Truskawki, do woli                                               500

Desery
Komput z morelów                                               250
Jabłkowe tchnienie                                               300
Lody pomieszane                                                 500*

 

 

 

Mizeria (mizerya?) finansowa zmusza bohaterów książki „Trattoria na ulicy Skrybów” (aut. Howard Shaw) do założenia restauracji. A lenie takiej zwykłej. Obok ulokowała się właśnie duża, nowoczesna, tania restauracja. Jeden z bohaterów zatrudnia się w niej. A ktoś wpada na pomysł przekopania tunelu, który kończy się w szybie windy kuchennej tejże nowoczesnej restauracji. Stamtąd dania trafiają do trattorii i podawane są gościom, po uprzednim przyprawieniu. W trattorii jest jednak bardzo drogo, a miejsca trzeba rezerwować kilka miesięcy wcześniej…. Do powodzenia trattorii w dużym stopniu przyczynia się, czego właściciele nie są świadomi, angielski jadłospis – owoc długich trudów z słownikiem w ręku  – który rozweselał niektórych bywalców trattorii.

Ile jest takich sympatycznych książek, które przepadły gdzieś w pomroce dziejów? O tym nie wiem, bo…, no właśnie: bo przepadły. Czy to nasza, czytelnicza, niewdzięczność?

 

*Howard Shaw: Trattoria na ulicy Skrybów. Tł. z ang. Tadeusz Evert. Warszawa 1963, s. 81-83
Przy okazji: na podstawie książki powstał musical „Bravo Giovanni” [A Musical Comedy in 2 Acts, 22 Scenes. Book by A. J. Russell. Based on the novel („The Crime of Giovanni Venturi”) by Howard Shaw. Music by Milton Schafer. Lyrics by Ronny Graham.], premiera na Broadwayu w 1962 r., z afisza zszedł po 72 przedstawieniach, ale płyta z nagraniem dostępna do dzisiaj. Książka natomiast tylko w antykwariatach.

 

Read Full Post »