Swoją drogą, warto zauważyć, w związku ze stosunkiem teologii katolickiej do procedury zapłodnienia in vitro, że teologia wydaje się popadać tu w niekonsekwencję. Skoro rodzą się dzieci „w szkle”, znaczy to, że Bóg zaakceptował możliwość stwarzania duszy ludzkiej w ten sposób, gdyż dusze te faktycznie stwarza. Co więcej, procedura in vitro teoretycznie umożliwia wydanie na świat potomstwa dziewicy, a przecież w świetle kultu chrześcijańskiego dziewica będąca matką zasługuje na szczególną cześć. Wreszcie kwestia grzechu pierworodnego. Jeśli obcowanie płciowe rodziców uczestniczy w przekazywaniu grzechu pierworodnego potomstwu, to osoby poczęte in vitro zdają się być nim obciążone w mniejszym stopniu niż spłodzone w sposób naturalny. I tylko proszę mi nie mówić, że sprowadzam rzecz do absurdu. Cała tradycja teologii pełna jest sporów na tego rodzaju tematy.*
Kiedy zakładałem blog, obiecywałem sobie zapisywać w nim ciekawe cytaty, aby mi nie przepadały. Zważywszy częstotliwość wpisów w ostatnim czasie, wywiązywałem się z tej obietnicy średnio. A cytaty nie czekają i się rozpierzchają. Dotarło to do mnie, gdy usiłowałem sobie przypomnieć zgrabną wypowiedź sprzed paru dni… em,… tego, no…., nieważne.
Pora więc powrócić do zamiarów pierwotnych. Dzisiaj fragmenty artykułu Jana Hartmana, którego lekturę polecam, jeśli kto przegapił. Dla mnie ciekawe choćby z tej przyczyny, że autor nazwał pewne zjawiska po imieniu:
Sprawie in vitro wciąż bowiem nadaje się absurdalny, lecz jakże charakterystyczny dla naszego kraju, wymiar sporu ideowego między dwiema stronami: Kościołem i całą resztą. Podobnie jak w dyskusjach organizowanych przez media, Kościół, jakby z urzędu, otrzymuje więc 50 proc. czasu, miejsca i znaczenia, wszyscy inni zaś po małym kawałeczku. Obecny rząd przyjmuje ten dualizm, traktując kwestię in vitro jako przedmiot negocjacji z Kościołem i z góry zakładając, że należy uchwalić takie prawo, na które zgodzi się, choćby niechętnie, Kościół. Cała zaś reszta możliwych stanowisk wrzucona jest do jednego worka, tak jakby ich różnorodność nie miała żadnego znaczenia. Inni to anonimowa drobnica, ot, prywatne opinie – w centrum uwagi jest jeden tylko pogląd. […]
Tymczasem w Polsce polityczna pozycja Kościoła jest właśnie taka – w wielu sprawach uchwala się takie przepisy, których życzył sobie lub na które zgodził się Kościół. Tak uregulowany jest w Polsce ład medialny, szkolnictwo, reprywatyzacja, aborcja i wiele innych spraw. Jednym powodem takiego stanu rzeczy jest wyobrażenie, iż Kościół, gdyby powziął taki zamiar, mógłby obalić rząd lub wynieść do władzy opozycję.*
Jak dotąd publiczna (i polityczna) debata na wiele tematów sprowadzała się do pytania kościelnej hierarchii o zgodę. Zgoda Kościoła pieczętowała rozmaite historyczne kompromisy. A może raczej „kompromisy”? Różnica między kompromisem a kompromisem historycznym w polskim przypadku to jak niegdysiejsza różnica między demokracją a demokracją socjalistyczną.
Wszelka dyskusja (mająca prowadzić do kompromisu) ze stanowiskiem kościelnym toczyła się na klęczkach. Oponenci, gnąc się w ukłonach i lansadach, przepraszali, że w ogóle przyszło im do głowy powątpiewać w prawdy głoszone przez tak starożytną instytucję.
Artykuł Hartmana jest jednym z przykładów nowego tonu, który ostatnio pojawił się w głównym nurcie polskiej prasy: coraz więcej polemistów ośmiela się mieć własne zdanie, nie przepraszając za niestosowność bycia niedowiarkiem. Cytowany tekst jest tego dobrym i ciekawym przykładem i dlatego polecam lekturę w całości.
———–
*Jan Hartman: In vitro, Kościół, Polska. Polityka 2010 nr 44 s. 25-27
**Rysunek: Raczkowski: Przekrój nr 45